Podróże

Metalfest 2013 czyli jak się bawią metalowcy w Polsce

Przez w dniu 03/08/2013
Kolejna edycja Metalfest już za nami. W tym roku miałam większe oczekiwania niż w ubiegłym, mimo że skład festiwalu nie był moim wymarzonym. Do ostatniej chwili nie wiedziałam czy pojadę, ale los mi sprzyjał i udało mi się wyrwać z chaosu codzienności by odwiedzić drugi koniec Polski i wziąć udział w festiwalu łączącym metalową brać.

Pierwszy dzień

Do Jaworzna dojechałam o 7 rano w czwartek. Miłym zaskoczeniem były znaki kierujące na teren festiwalu, czego brakowało w poprzedniej edycji. Na miejscu panował lekki bałagan. Duża grupa ludzi czekała żeby wymienić bilety na opaski, a nikt nie potrafił odpowiedzieć kiedy zostanie otwarty namiot za to odpowiedzialny. Dopiero po paru godzinach ( ok. godziny 11) punkt ten został otwarty i w końcu ludzie z tobołami mogli odebrać swoje wejściówki i zadomawiać się na polach. Po odebraniu akredytacji i rozbiciu namiotu ruszyłam na zwiedzanie terenu. W tym roku wiele kwestii zostało poprawionych, ulepszonych. Tym razem prysznice były na obu polach co zmniejszyło kolejki o przynajmniej połowę. Strefa jedzenia znacząco się powiększyła, oprócz typowych fast foodów można było zjeść normalny posiłek w przyzwoitej cenie. Płacenie kuponami z pewnością przyspieszyło rozliczanie się ze sprzedawcami, ale nie ukrywam, ze przez to sama nie czułam ile wydaje, a po przeliczeniu ostatniego dnia to aż się przeraziłam ,że tyle można przejeść, no i przepić. Kolejno spodobała mi się strefa merchu, która tak że była większa niż w ubiegłym roku i bogatsza o odzież oraz płyty ulubionych kapel. Z radością wzbogaciłam swoja kolekcję o nowy krążek. Nowością był natomiast tzw. signing session, dla fanów bardziej znany jako meet&greet. Znajdował się tuż obok sceny i na dobrą sprawę można było tam spędzić cały dzień ściskając, robiąc zdjęcia i biorąc autografy od każdego znanego artysty goszczącego na Metalfeście. Duży plus należy się dla naprawdę dużej grupy ochrony, która trzymała porządek i pilnowała by nikt nie zrobił sobie krzywdy.
Nie ukrywam, że przez panujący skwar, ciężko mi było wytrzymać na placu pod sceną. Na początku wolałam jak większość znajomych ochłodzić się w Zalewie Sosina, który dzięki tak bardzo słonecznej pogodzie był jak zupa, ale i tak przynosił mega ulgę. Pierwszą kapelą jaką widziałam był VARG. Zespół grał energicznie i był pełen optymizmu mimo ukropu w jakim musieli występować i dla dosyć nie dużej ilość ludzi. Kolejnym zespołem, który mnie bardzo zachwycił był CRYPTOPSY. Amerykański death metal pełen ognia! Przeszywający wyziew wokalisty, bezbłędne techniczne granie. Urzekli mnie! Czułam się jak by przeżuli i wypluli moją duszę.
Setlista:
1.Crown of Horns
2.Two-Pound Torch
3.Slit Your Guts
4.Open Face Surgery
5.Worship Your Demons
6.Phobophile
7.Defenestration
Następnie na scenie zainstalował się FINNTROLL. Byłam ciekawa czy w tym roku mnie zaskoczą, bo nie miałam jakiś niesamowitych wspomnień po ich występie na Brutal Assault w 2012r. Tym razem w pełnym trollowym rynsztunku zapewnili skoczną zabawę dla fanów folku. Teksty ich są po szwedzku więc brzmią jeszcze bardziej magicznie. Tym razem nie zabrakło moich ulubionych utwór „Solsagen” i wyczekiwany „Trollhammaren”, przy którym szalałam pod sceną i śpiewałam razem z wokalistą. Finowie wiedzą jak pobudzić publikę i widać było ich zadowolenie z wpływu jaki mają na fanów. Po ich występie na deskach pojawił się KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI. Byłam już na sporej ilości ich występów i w duchu liczyłam na to, że ta set lista będzie inna niż zwykle. Początek był bardzo podniosły a zarazem mroczny jak Roman zaczął od „Czarnych Zastępów”. Wyglądał tak jak zwykle, na czarno ubrany, włos rozwiany, miotał się po scenie i bawił wokalem. Cała set lista była oparta o stare, dobrze znane utwory. Mnie natomiast urzekła końcówka, czyli moje ulubione „Purpurowe Gody” oraz „Odi Profanum Vulgum”, których jeszcze nigdy nie miałam przyjemności usłyszeć na żywo. Wspaniałe przeżycie i oby takich więcej miłych zaskoczeń.
Ostatnim występem tego dnia był DOWN Pełen profesjonalizm. Phil Anzelmo luźno rozmawiał z publiką. Pokazał wielką moc. Ubolewałam ,że nie zagrali ani jednego z moich ulubionych kawałków. Mimo to, był to jeden z najlepszych gigów tego dnia.
Setlista:
1.Eyes of the South
2.Witchtripper
3.Lifer
4.Lysergik Funeral Procession
5.Hail the Leaf
6.Ghosts Along the Mississippi
7.Pillars of Eternity
8.New Orleans Is a Dying Whore
9.Losing All
10.Stone the Crow
11.Bury Me in Smoke
Na koniec ludzie mogli się pobawić przy BRACIACH FIGO FAGOT, których już nie widziałam, ale doskonale można było ich słuchać siedząc pod namiotem. To był radosny akcent na koniec pierwszego dnia.

Drugi dzień

Słońce nie dało nam za wiele pospać. Po dość upojnej nocy , poranek nie należał do najlepszych, ale trzeba było jakoś zebrać się w sobie by spędzić kolejny dzień pod sceną. Do południa siedziałam wraz ze znajomymi w wodzie, bo tylko tam można było jakoś wytrzymać przy tak wysokiej temperaturze. Pierwszy zespół tego dnia jaki dobrze wspominam to TURISAS. W tłumie można było bardzo łatwo rozpoznać fanów wymalowanych na czerwono. Przed ich występem byłam po autografy i miło było zamienić z nimi parę słów. Finowie dali naprawdę dobre show. Wymalowani w czerwono-czarne barwy i w skórach skakali po scenie. Wokalista nie żałował sobie wódki, która towarzyszyła mu przez cały występ. Mimo iż panowie reprezentują podobne granie co FINNTROLL, to nie zaskoczyli mnie tak pozytywnie jak Finowie z dnia poprzedniego.
Drugim zespołem dla mnie tego dnia był ENTOMBED. Ich autografy również udało mi się wystać. Są oni gwiazdą szwedzkiej sceny death metalowej i swoim występem jak najbardziej to potwierdzili. To było brudne, niechlujne, pełne chaosu show. To właśnie kwintesencja metalu. Wokalista raczył się piwem, pluł, wycierał się koszulką z potu. Nie było tu wyreżyserowanych momentów, delikatności, planu. To był naprawdę genialny gig, który mógłby się nie kończyć.
Tego dnia gwiazdą miał być VOLBEAT, ale ze względu na ich technicznych którym nie pasowała scena i bali się o bezpieczeństwo uczestników, zespół mimo zjawienia się w Jaworznie odwołał swój występ. Przez to zdarzenie zmienił się line up. Na dużą scenę został przeniesiony DESTRUCTION, a jako ostatni zagrali panowie z SATYRICON. DESTRUCTION pokazało jak zwykle wysoki poziom. Thrashowe granie mają we krwi, był to typowy oldschoolowy występ w niemieckim wydaniu. Nie pasowało mi jednak nagłośnienie, które z czasem zaczęło wręcz drażnić i lepiej było ich słychać z pola namiotowego VIP, niż spod samej sceny. Na koniec dobrze znany black metalowy SATYRICON. Zaszczycił publiczność znanymi utworami t. j. „Mother North”, „Black Crow on a Tombstone”, „Now, Diabolical”, „Fuel For Hatred” oraz mocny i idealnie kończący wieczór „K.I.N.G”. Niesamowite granie, doskonały kontakt z publicznością. Są przykładem, ze Norwegowie królują w black metalu i nie oddadzą swojej pozycji bez walki. Świetny występ zakończył drugi dzień Metalfestu.

Trzeci dzień
Ten dzień był już błaganiem by słońce odpuściło, by móc chociaż odrobinę odetchnąć. Tego dnia małą sceną zawładnął grind i death. Czyli to co lubię najbardziej. Jako pierwsi z mocnym uderzeniem ruszył EMBRIONAL, wywołując mój szeroki uśmiech. Po trzech koncertach, w końcu nadeszła burza, która zamieniła miejsce pod scenami w wielki błotny basen. Przez ulewę, nie widziałam występu rosyjskiej ARKONY, ale cały słyszałam, co też się liczy. Masha ryczała i naprawdę dawała radę. Setlista trochę nie dla mnie, plus że zagrali „Stenka Na Stenku”. Po przejściu ulewy, wybrałam się na małą scenę, by zobaczyć VEDONIST. Tych panów znam już od jakiegoś czasu. Dwa ich koncerty miałam okazję obejrzeć w swoim rodzinnym mieście, a po ich występie na Metalowej Wigili w Warszawie, byłam ciekawa jak zaprezentują się w wersji plenerowej. Pachu z wytatuowanym wielkim kozłem na piersi, jak zawsze dobry kontakt z tłumem. Na scenie królowała nowa płyta „A Clockwork Chaos”, która jest wielkim krokiem w przyszłość. Mocna perkusja Szredera z mrocznym growlem Pacha idealnie się łączy. Był to naprawdę udany koncert. Po ich występie na dużej scenie pojawił się ILLUSION. Moim zdaniem ten zespół mimo wspaniałej historii muzycznej, posiadania naprawdę doskonałych utworów, nie wpasował się w klimat festiwalu. Lipa nie umiał porwać tłumu. Zagrali najbardziej znane utwory m.in. „Tron”. „Vendetta”, „Solą w oku”, „Na luzie”. Widziałam ich zdecydowanie lepsze koncerty niż ten.

Zespołu HATEBREED nie znałam, ale ich granie fajnie pobudzało do życia. To nie hard core do którego przywykłam. Czuć było zabawę różnymi gatunkami metalu, przez co zespół był jak bomba, której brakowało np. ILLUSION. W końcu na deskach zawitał SODOM, który był bardzo wyczekiwanym zespołem tego dnia. Niemcy grają już przeszło trzydzieści lat, a podczas ich występu panował pełen luz, zero spiny. Wszystko było dopracowane w najmniejszych kawałkach. Kapela zaprezentowała mieszankę utworów z nowych jak i ze starych albumów. Nie zabrakło „Agent Orange” czy „Blasphemer” .Był nawet uwielbiany przeze mnie cover „Surfin’Bird”. Kwintesencją thrashowego występu był finał z utworem “Bombenhagel”, który wspaniale zamknął to historyczne już show.
Setlista:
1.In War And Pieces
2.Sodomy and Lust
3.M-16
4.Outbreak of Evil
5.Surfin’Bird
6.The Saw is The Law
7.Stigmatized
8.Proselytism Real
9.Nuclear Winter
10.Into The Skies of War
11.Agent Orange
12.Burst Command ‘til War
13.City of God
14.Blasphemer
15.Remember the Fallen
16.Bombenhagel
Po tych wspaniałych doznaniach na małej scenie pojawił dobrze mi znany ABORTED. Połączenie death metalu z grindem, które wyrywa Ci flaki już przy pierwszych uderzeniach. Belgowie grali bardzo zwięźle, bez nie potrzebnych przerw. Zgnietli wszystko i wszystkich. Wspaniała sieczka rozrywająca ciało na drobne kawałki. Po ich gigu nadszedł czas na legendę power metalu, czyli HELLOWEEN. Setlista dobrze skomponowana, niestety nagłośnienie bardzo psuło ich odbiór. Coś było nie tak i przez cały występ nikt tego nie naprawił. Co do samego pokazu, to widać było, że panowie nie zamierzają odpocząć. Wokalista biegał po scenie, machał włosami, widać było, ze to człowiek którego scena napędza do działania. Andi Deris dbał by ludzie brali udział w całym show i śpiewali razem z nim. Bardzo dobry występ mimo iż jeśli miałam bym porównać z innymi gigami tego zespołu, to ich występ na Woodstocku był o wiele lepszy.
Setlista:
1.Eagle Fly Free
2.Nabataea
3.Straight Out of Hell
4.Where The Sinners Go
5.Waiting For The Thunder
6.Steel Tormentor
7.I’m Alive
8.Live Now!
9.If I Could Fly
10.Power
11.Are You Metal?
12.Dr. Stein
13. I Want Out
14.Future World

Podsumowując festiwal, był to dobry 3 dniowy reset od życia codziennego. Bardzo dobra organizacja. Było wszystko tak jak być powinno. Może w przyszłym roku pojawi się większa ilość znanych przedstawicieli gatunku death i grind. Póki co zostały już tylko wspomnienia.

Foto: silentshots http://silentshots.bloa.pl/

TAGI
PODOBNE WPISY