Muzyka

Recenzja MIRRORDEAD – „Reborn” (2012)

Przez w dniu 29/08/2013

Mirrordead to rodzaj eksperymentu muzycznego, który się powiódł. Zespół miesza gatunki poczynając od hardcoru, poprzez nu metal, zahaczając o głęboki, brudny death. Kapela wyróżnia się również tym, że wokalista bawi się swoim wokalem i nie jest to kiczowate. 

Album „Reborn” to ogień, chaos i wszystko co może poruszyć nawet najwybredniejszego słuchacza, a najlepsze jest w tym to, że polska kapela pokazała, że można zrobić coś odbiegającego od normy i nie nużącego po wielokrotnym przesłuchaniu.
Płytę otwiera wstęp o wdzięcznej nazwie „10 000 000 Hugs & Kisses”. Jest odmienny od standardowego intra do jakiego artyści zdołali mnie przyzwyczaić. Jest podziękowaniem z nutką sarkazmu. Pomysł oryginalny i bardzo trafiony.”Reborn” to utwór promujący tę płytę. Odnajduję tutaj bardzo ciekawą mieszankę wokalną, momentami wokal jak Fred Durst, po czym przechodzi w głos niczym Corpsegrinder. Genialne przejścia gitarowe, które idealnie łączą ten nieład w ostrą całość. Wokalista ma bardzo dobrą dykcję, jak dla mnie mógłby zrezygnować z czystego zwykłego śpiewania fragmentów, a skupić się na screamie i growlu. „Between Illness And Affection” obudzi nawet martwego. Od początku jesteśmy karmieni głębokim growlem i niskimi riffami. Końcówka to motyw często wykorzystywany przez wiele kapel hardcorowych. Bardzo mocny rytm w sam raz to machania grzywą. Kolejny utwór „Unthikable” rozpoczyna czysty scream oraz bardzo dobrze słyszalna szybka stopa, natomiast fragment śpiewany zwykłym głosem nie pasuje tutaj ani trochę. Jak dla mnie zbyteczne są te wstawki, momentami ten rodzaj śpiewu trochę irytuje. „Always Full Fuck” – tytuł jak najbardziej chwytliwy. Słychać tutaj mocny bas, jeszcze brudniejszy growl zahaczający o grind, dobry rap, a muzyka sama w sobie skłania do skakania. Jeden z lepszych utworów i myślę, że porwie tłum. I tak oto mija już połowa albumu.
Drugą połowę zaczyna „Terror Of A Good King”, który jest po prostu genialny. Pokazane naprawdę oszałamiające zdolności wokalisty, masa ciężkich riffów,mroczny growl, gesia skórka, flaki same pękają. Dla mnie najlepszy z całej płyty, pewnie dla tego że jestem zwolenniczką death metalu i wszystkiego co ciężkie. Utwór przesłuchałam wielokrotnie i nie miałam dość, to jednak coś znaczy. Ciekawy męski chórek wtórujący wokaliście rozpoczyna „Look At Me”. Wykonanie godne uwagi, jest bardzo wyraźne tło perkusyjne, nie potrzebna słodka śpiewana wstawka. Nie rusza mnie taki rodzaj śpiewania, przy tak mocnej muzyce. Przedostatni „R.J.” to konkretny scream łączony z rapem, znów pojawia się głeboki growl który kocham w taki sposób wykonywany. Są genialne doły i wspaniała perkusja, która wyróżnia się zaraz po wokalu.Na koniec albumu „Another Song About Love”. Początek to szybkie, krótkie riffy. To jedyny utwór, który nie zaczyna się wokalem. Podobają mi się wstawki gitarowe, technika grania jak najbardziej na plus, szkoda że w innych utworach gitara nie wyróżnia się, aż tak mocno jak tutaj. W końcu trochę czystych solówek, nie przesadzonych. Dobry dla ucha i idealny na zamknięcie płyty.
Muzyka nie jest czymś odkrywczym, bardziej mimo wszystko skupia się uwagę na możliwościach wokalnych wykorzystanych w poszczególnych wykonaniach. Jak dla mnie to majstersztyk. Ogólnie płyta porywa, a chyba na tym najbardziej zależało kapeli. Jest bardzo dobra, tylko dla mnie jak już wspominałam wokalista powinien zrezygnować ze swojej łagodnej śpiewanej natury a skupić się na ostrym wyciu, bo to wg mnie napędza to płytę jak i całą muzykę. Wyziew jest konkretny, myślę że jak będę miała okazję to chętnie wybiorę się na koncert tej kapeli i z bliska posłucham tych szorstkich screamów.

TAGI
PODOBNE WPISY