Smile life

Tatuaż – arcydzieło na skórze

Przez w dniu 26/11/2013

Tatuaż ma niezwykle długą historię, której początki sięgają ery brązu, a nawet ery kamienia łupanego. Prymitywne tatuaże zostały odnalezione przez archeologów na skórze mumii egipskich. Liczne dowody wskazują na to, że tatuowanie skóry było praktykowane w różnych kulturach w prawie wszystkich zakątkach świata. Prymitywne narzędzia do tatuażu oraz służące do tego celu barwniki odnaleziono w starych wykopaliskach na terenie Japonii, Chin, Nowej Zelandii, Afryki, Ameryki Północnej i Europy. Samo angielskie słowo tattoo (tatuaż) pochodzi od terminu tatau, który w rdzennym języku Thaiti oznacza zadawanie ran.

Tatuaże stają się obecnie niezwykle popularne. Ich posiadaczami staje się coraz większa grupa osób a Ci, który już raz zdecydowali się na ich wykonanie, pragną mieć ich więcej.
Ja o tatuażu myślałam od paru ładnych lat. Ciągle odkładałam to ze względu na pieniądze lub brak czasu by odwiedzić studio. Dopiero mój M. za którym ten pomysł również chodził namówił mnie byśmy razem poszli sobie ozdobić ciała. Decydującym momentem była wizyta w studiu, w którym moja przyjaciółka miała robiony tatuaż  i po obserwacji jak to wszystko wygląda zdecydowaliśmy się zapisać. Okres oczekiwania był dość długi, bo prawie 5 miesięcy, ale nie wyobrażałam sobie by iść do innego tatuażysty. Stefan, bo taką ma ksywę nasz tatuażysta, jest profesjonalistą. Widać, że robi to z pasji i jest naprawdę bardzo dobry, dodatkowo ma idealną osobowość do takiej pracy.
Gdy nadszedł dzień tatuażu ( a było to wczoraj) podniecenia nie było końca. Jedyne czego się bałam to jaki będzie ból podczas robienia. Mam mnóstwo znajomych, którzy mają tatuaże i nikt nie umiał jednoznacznie określić bólu przy tatuowaniu. Jedni mówili, że to jakby ktoś cyrklem jeździł po skórze, inni że to jak depilacja depilatorem. Pozostało mi czekać na moją kolej i samej doświadczyć tego.
Jako pierwszy pod maszynkę poszedł mój M. Nie było po nim widać ani strachu, ani bólu, po prostu twardziel. Ja siedząc i obserwując nabierałam pewności siebie.  Na swój wzór wybrałam wilka, ale finalnie mam dwa, bo projekt Stefana był o niebo lepszy od tego, który przyniosłam. Najlepsze jest to, że w studiu panowała bardzo przyjazna atmosfera, ciąglę się śmialiśmy, opowiadaliśmy historię z życia, było luźno i odnosiło się wrażenie jakby Stefana się znało od lat. 

Gdy nadeszła moja kolej, nie ukrywam , że w środku coś tam się wierciło i nie dawało spokoju, ale jak już siadłam i Stefan włączył maszynkę wszystko jakby zeszło. Takie wielkie uff i nie było tak źle jak myślałam. Po ok. 15 minutach miałam chwile, że zrobiło mi się słabo, ale parę minut i ustało. Jako, że miałam dziaraną łydkę to mogłam całą sesję leżeć i w takiej też pozycji zostałam do końca. Omdleń, mdłości czy bladnięcia już nie było. Podobno często się to zdarza jak ktoś ma robiony pierwszy tatuaż, ale to chwilowe i potem jakby skóra się przyzwyczaja do tego co jest na niej wykonywane.

Mój tatuaż był robiony ok. 2h, a liczyłam że dużo więcej czasu to zajmie. U mojego M. zajęło to 2,5h. Teraz czeka mnie smarowanie tatuażu Alantanem i dbanie by goił się prawidłowo. Już teraz mogę stwierdzić ,że na tym jednym tatuażu z pewnością się nie skończy.

Studio w którym robiłam swój tatuaż nazywa się Long John’s, a tatuażysta Marcin „Stefan” Stefaniuk (jego pracę możecie tutaj pooglądać).

A Wy macie tatuaże? Jak macie jakieś pytania co do mojego przeżycia to pytać w komentarzach 🙂

 

TAGI
PODOBNE WPISY