Podróże

"Kracze mie coś w brokułach" czyli relacja z Extreme Cafe #5

Przez w dniu 17/01/2014

 

W sobotę 11 stycznia miałam przyjemność uczestniczyć w kolejnej edycji koncertu organizowanego w Toruniu przez mojego bardzo dobrego kolegę. Nazwa koncertu jest tożsama z nazwą lokalu w którym wydarzenie się odbywało. Pierwszy raz odwiedziłam to miejsce i już mogę oficjalnie oświadczyć, że na bank tam jeszcze wrócę.

Sam lokal jest niewielki co czyni go bardzo klimatycznym. Jest nie wielka scena, bar, a gdy koncerty się nie odbywają parkiet i scena są zajęte przez stoliki. Mieści się on w kamienicy na starówce ( adres dla chętnych: Piekary 41). Miłym zaskoczeniem jest dobrze zaopatrzony bar, co świadczy o tym, że właściciel dba o różne gusta. Zazwyczaj w małych klubach nie ma takiej różnorodności. Fajnym pomysłem są tabliczki gdzieniegdzie poumieszczane na ścianach.

Myślę, że obraz baru już macie to teraz czas na koncert. Tego wieczoru zagrały trzy zespoły.
Pierwszy z nich to HOLY SHIT. Pochodzą z Chełmży. Grają tzw. mixa czyli trochę thrash, death i co im do głowy przyjdzie. Nie jestem zwolennikiem mixów, ale oni dobrze to robią. Od pierwszych uderzeń wiedziałam, że nie będzie nudno. Energia, zapał i do tego momentami czuć było moc Carcass. Sami panowie twierdzili, że koncert nie był ich najlepszym. Jeśli tak rzeczywiście było, to nie dali tego po sobie poznać, a to duży plus dla zespołu. Z pewnością będę śledzić ich poczynania.
fot. Agata Wąsikowska
fot. Agata Wąsikowska

 

fot. Agata Wąsikowska

 

Drugim zespołem, który wystąpił była LIKANTROPIA. Pochodzą z Włocławka i grają ciężki, budzący wewnętrzną bestię death metal. Jak w poprzednim zespole jest tylko trzech muzyków i są potwierdzeniem, że to wystarczająca ilość by siać spustoszenie. Nie widziałam ich za wiele, ponieważ bar był wypełniony co do milimetra, więc trochę zobaczyłam ich ze schodów, a tak pozostało mi ich słuchać z parteru (lokal jest w piwnicy). Mimo odległości od sceny, wszystko było słychać idealnie i mam nadzieję, że uda mi się jeszcze pomoshować przy ich muzyce.
fot. Agata Wąsikowska

 

fot. Agata Wąsikowska

 

fot. Agata Wąsikowska
No i na koniec wystąpili panowie dla których przede wszystkim przyjechałam, czyli deser z ZACHLAPANYM SZCZYPIOREM. To również kapela z Włocławka i graja to co mnie raduje czyli grindcore, a w sumie określają siebie jako agro drinkcore 😉 Taką muzykę trzeba lubić lub odłożyć swoje wydumane dźwieki, hopa hopa i te sprawy i wpaść wir ludzi przy ich nieokiełznanych kwikach i przekonać się, że warto bywać na takich koncertach! To jak odwiedzenie obory tylko bez smrodu 😛 Ich granie pobudziło wszystkich. Tym razem udało mi się wbić pod scenę i w pełni uczestniczyć. Ludzie szaleli, pogo, śpiewy. Na nie jednym weselu tak się ludzie nie bawią jak tutaj i to przy grindowym graniu. Każdy chociaż raz powinien przy tym poszaleć, wyzwolić emocje. W końcu w muzyce chodzi o zabawę tak?
fot. Agata Wąsikowska
fot. Agata Wąsikowska

 

fot. Agata Wąsikowska

 

fot. Agata Wąsikowska
fot. Agata Wąsikowska

 

fot. Agata Wąsikowska
Podsumowując mogę stwierdzić, że to jeden z lepszych mini koncertów na jakich byłam i chciałabym, by takich wydarzeń było więcej. By ludzie nie bali się organizować koncertów mocnych, gdzie jest krew, flaki, kwiczenie, pełen komplet na zrobienie sobie reseta od codzienności.
A to namiastka tego czego można było posłuchać podczas koncertu (filmy pochodzą z innych koncertów).

 

 

TAGI
PODOBNE WPISY