Muzyka

Recenzja ANTHEM – „Phosphorus” (2014)

Przez w dniu 02/04/2014
Kawał czasu minął od ostatniej recenzji. Odeszłam od pisania tego typu tekstów, ale są wyjątki warte mojej uwagi. Płyta zespołu z Poznania wpadła i rozjechała mnie totalnie już po pierwszym utworze, który jeszcze przed premierą można było posłuchać w sieci. Wiedziałam, że znajdzie miejsce na moim blogu. Zatem postaram się Was zarazić tym co prezentują panowie z ANTHEM.

Anthem z angielskiego oznacza „hymn”. Nazwa idealnie identyfikuje zespół ponieważ ich granie można porównać do hymnu z piekieł lub dla piekieł. Jak kto woli. Pochodzą z Poznania i grają już od 2005 roku. Nieźle, ale dopiero teraz pod bacznym okiem Mad Lion Records udało im się wydać pełny longplay z wykopem. Jeśli chodzi o sam krążek to zaczniemy od początku.

Piękna oprawa to już jakiś procent sukcesu dla płyty, ponieważ gdy stoi na półce sklepowej to ona pierwsza przykuwa naszą uwagę. Dla tego zespołu okładkę stworzył Piotr Szafraniec, znany ze współpracy z Thy Disease, Trauma, Sammath Naur czy Cronics. Klimatyczna, mroczna i z pewnością wiele osób zauroczy.

 

W końcu przejdziemy do sedna, czyli muzyka. Anthem to zdecydowanie stara szkoła death metalu. Brudna, szybka i śmiercionośna. Lubicie Death lub Morbid Angel? Jeśli tak to ich duszę skradł właśnie Anthem. Pierwsze na co zwraca się uwagę po włączeniu to perkusja. Bardzo rytmiczna prostota, bez niepotrzebnych udziwnień. Zaraz za nią jest wokal niski, srogi i przeszywający od środka. Wszystko doprawione polskim tekstem. W niewielu kapelach słychać co wokalista próbuje przekazać. Tu jest inaczej i już za to należy im się wielki plus. Większość zespołów odchodzi od polskiego języka by być bardziej światowymi, by dotrzeć do większego grona. Tutaj panowie zaryzykowali i trafili w dziesiątkę. Teksty są ambitne, literackie i mają wiele wspólnego z satanizmem. Anthem prezentuje prosty schemat z ciężkim pazurem w którym coś siedzi i podświadomie wpływa na słuchacza. To jak powrót do korzeni. Do historii deathmetalowej, której zaczyna brakować na rynku. Zespoły starają się iść za trendami. A Anthem pokazuje, że bez eksperymentów i zbędnych wstawek można stworzyć krążek, który zachwyci i chętnie będzie się do niego wracało.

Na koniec wrzucam Wam utwór, który ja słucham najczęściej. Pojawił się on najpierw na EPce „Goecja” w 2007 i powrócił z nową siłą na „Phosphorus”. Nie zawiedziecie się 😉

 

 

TAGI
PODOBNE WPISY