Podróże

Hellcome on Brutal Assault!

Przez w dniu 10/09/2014
Minęło już sporo czasu od wspaniałego czeskiego festiwalu, a ja wciąż czuję zapach smażonych bramborów i smak pysznego ciemnego piwa. Brutal Assault to wspaniały festiwal, który z roku na rok zaskakuje zarówno organizacją jak i sposobem w jaki się rozwija. Pamiętacie zapewne mój post na temat Brutal Assault w cyklu festiwalowym, więc dziś chcę Wam pokazać co się zmieniło od mojej ostatniej wizyty, a także kto dał mi koncertowego kopa i zmiażdżył ten festiwal. No to jedziemy!

Tym razem na festiwal postanowiłam się wybrać wcześniej co by mieć po pierwsze lepsze miejsce dla namiotu, a po drugie by zbratać się nowymi ludźmi. I wiecie co, już za nimi tęsknie. Te poranne pogawędki pod zieloną wiatą stały się codziennym rytuałem i cieszę się że mogłam poznać tyle osób pełnych pasji, zainteresowań ( nie koniecznie muzycznych) i wymienić się swoimi doświadczeniami. Reasumując ludzie i obozowisko gdzie było blisko wszędzie to pierwszy mocny plus dla tego wyjazdu.

Sama twierdza także zaskoczyła. Przez rok zostały zmodernizowane nowe obiekty i otwarte na użytek uczestników. Korytarze, chłód murów i ten specyficzny zapach historii to dodatkowy atut Brutala. Pierwszą nowością była strefa o nazwie OCTAGON. Sporo korytarzy a na końcu każdego niespodzianka. Na samym początku bar, dalej idąc Meet&Greet, a tuż za nim galeria z pracami Godothor’a z Pragi oraz Axel’a Hermann’a z Niemiec. Dodatkowo tutaj odbyła się premiera książki Bruno Revoltikon’a „Krabathor a Hypnos”.

 

 

 

Kolejną nową strefą był PARTY VILLAGE. Strefa dla osób palących. Po otrzymaniu opaski można było zrelaksować się na poduchach, pograć w kapsle, pomalować włosy lub skoczyć z wysokości na wielką dmuchana poduchę. Sam teren zwiększył się o sporo nowych stoisk muzycznych, również
scena Metalgate tym razem znajdowała się pod wielkim namiotem cyrkowym. Niby fajny, niby dużo miejsca, ale dlaczego nikt nie wpuszczał tam powietrza?! Po godzinnym  koncercie człowiek był tak spocony, jakby przed chwilą brał prysznic. Powinni poprawić wentylacje na przyszły rok.

Czas przejść do części koncertowej. No cóż wstyd przyznać, ale na planowane 43 kapele, które chciałam zobaczyć na bank, wyszło ich może z 20. Ich ilość malała szybko ze względu na znajomych, z którymi wolałam posiedzieć lub porobić akurat coś innego niż stać pod sceną.
Jednak nie jest aż tak źle. To co zobaczyłam zapisało się pięknie w mojej pamięci i nie żałuję, że przegapiłam tyle innych zespołów.

W środę odwiedziłam scenę by zobaczyć TERRORIZER. Pierwszy koncert, wyczekany ( w końcu od poniedziałku tam byłam) jednak nie porwał mnie. Problemy z nagłośnieniem bardzo psuły odbiór, a zespół jak dla mnie jedyne co miał groźne to miny. W kolejnych dniach było na szczęście lepiej. Z rozmów około koncertowych wiem, że problem nagłośnienia pojawiał się wielokrotnie. Szkoda, bo przy festiwalu z takim rozmachem można było o to zadbać.

Nie będę rozpisywać się o każdym zespole, który widziałam. Chętnie podzielę się jednak z Wami tymi, które naprawdę wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Na pierwszy ogień kapela, której wcześniej nie znałam, chodzi o EPICARDIECTOMY. Czeski band grający typowy slam death metal. Coś wspaniałego. Trio na scenie, muzyka wprowadzająca w trans i ten wokal. Czułam się jakbym wylądowała na zupełnie innej planecie. Koncert zleciał jak mrugnięcie okiem, a mi było mało. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze zobaczę ich na żywo, a teraz póki co posiłkuje się youtube.

Kolejne miłe wspomnienie to SODOM. Podobno prawdziwy metal myje się tylko „sodom”, a więc zażyłam kąpieli w krwistych riffach doprawionych smolistą perkusją. Do tego oczywiście wyborne towarzystwo, które zagwarantowało świetną zabawę. To już moje drugie spotkanie z tym zespołem i byłam pod wielkim wrażeniem ekspresji oraz energii jaka tryskała ze sceny.

Ostatniego dnia festiwalu o poranku bawiliśmy się przy czeskim świńskim SPASM! Słońce prażyło, a pod sceną spotkali się kolorowi fani chętni do szaleństw. Wokalista wyskoczył w stroju Borata z białą maską na twarzy. Szybkie tempa i dobre kwiki bawiły dosłownie wszystkich. Cały czas w głowie mam utwór „Cheiromania (Masturbation –  No Pain, No Gain”. Kawa na pobudzenie nie była potrzebna.

 

No i na koniec zespół, który po pierwsze reaktywował się po sporej przerwie, do tego wg mnie zagrał na festiwalu najlepszy koncert ze wszystkich. KRABATHOR, bo o nim tu mowa. Genialne show, idealna setlista i bezbłędnie wszystko zagrane. I o dziwo nagłośnienie również dało radę. Uczta dla uszu i oczu.

To by było na tyle moich wspomnień. Teraz chętnie poznam Wasze. Byliście? Przeżyliście? Co Wam się najbardziej podobało. Piszcie w komentarzach 🙂

Jako, że KRABATHOR królował dla mnie podczas festiwalu to i dziś przejął playlistę. Miłego słuchania!

TAGI
PODOBNE WPISY