Podróże Uncategorized

„Tańce, srańce, rozkurwiańce” czyli relacja z koncertu NO MEAT NO EAT #7

Przez w dniu 20/11/2014

Grindowe koncerty mają niesamowity urok. Nie ma gwiazd chodzących z wysoko podniesioną głową, nie ma ochrony, jest tylko porządny piq squeal i szaleńcze zabawy pod sceną (lub na niej). Takie koncerty dają powera na cały tydzień. Taka też była kolejna odsłona No Meat No Eat!

Koncert odbył się 15 listopada w Estrada Stagebar w Toruniu. Sam klub pozytywnie mnie zaskoczył. Nawet spora sala z barem i ze sceną, do tego sala dla palących, więc nie trzeba było wychodzić na mróz by puścić dymka. Było nawet dużo rodzajów piw, ale i tak szły te lane z kija, bo najtaniej 😉

Porky Vagina

Na scenie zagrało 5 kapel. Pierwszy wystąpił STUFFINESS, zespół istnieje od 2 lat i pochodzą właśnie z Torunia więc daleko nie mieli. Opisują swoją muzykę jako death/grind, jednak jak dla mnie wypadli dosyć lekko w porównaniu z resztą zespołów. Grali poprawnie, ale szału nie było. Kolejni na scenie zainstalowali się chłopaki z PORKY VAGINA, to w sumie kapela, którą od dawna chciałam zobaczyć na żywo. Od nich po części zaczęło się moje wdrażanie w grindcore, ale ten prześmiewczy, pełen świńskich tekstów i kwików. Zagrali masę moich ulubionych kawałków jak „Ruchaj świnie i sraj”, „Tańce, srańce, rozkurwiańce” czy „Świniogwałt”. Momentami wokalista śpiewał gdzieś obok zespołu, ale to nie przeszkadzało w dalszej zabawie. Miał świetny kontakt z publicznością i w sumie fajnie że jednak większość osób znała teksty i śpiewała razem z nim. Na bis tłum wszedł na scenę i wszyscy śpiewali i tańczyli.

Jako kolejni zagrali znani panowie z Włocławka ( miasto ketchupu). Mieli tego wieczoru aż dwa koncerty. Na początek jako LIKANTROPIA, siarczyście, ciężko i z wielkim wykopem. Konkretne mocne granie, nie było się do czego doczepić, a ich miny bezcenne. W pełni oddali się muzyce. Lubię to!

Likantropia

Likantropia

Po tym występie ten sam skład, ale jako ZACHLAPANY SZCZYPIOR. Na moim blogu mieliście już okazje o nich poczytać czy ich usłyszeć. Agro drinkcore górą! Nie zabrakło takich utworów jak „Kracze mie coś w brokułach” czy „Wujas przejebał wypłatę”. Było się przy czym spocić. Zapraszam zatem do oglądania 🙂

No i na koniec wisienka na torcie, czy raczej pianka na piwie czyli PARRICIDE!!! To był potężny łomot na koniec. Ostatkami sił bawiłam się pod sceną, a tempo tylko przyspieszało. To starzy wyjadacze z piękną historią. Istnieją od 1990 roku z małymi przerwami. Pochodzą  z Chełma i mają na koncie spory dorobek. Polecam Wam się zapoznać z ich materiałami, bo koncert to tylko namiastka tego co zespół ma do zaoferowania.

Oczywiście po koncercie odbył się after z organizatorem, znajomymi i z zespołem PARRICIDE do rana. Dla takich chwil warto żyć! Mam nadzieje, że moja relacja i to co zobaczyliście obudzi w Was chęć wybrania się chociaż raz na tego typu koncert. Więcej filmów z koncertu możecie zobaczyć na moim profilu Zaciesz na facebooku.

„KRACZE MIE COŚ W BROKUŁACH” CZYLI RELACJA Z EXTREME CAFE #5 
GRINDOWE SZALEŃSTWO NA PUSSYFEST 2014
CZAS NA GRINDCORE

TAGI
PODOBNE WPISY