Podróże

Piekło na ziemi – relacja z Brutal Assault 2015

Przez w dniu 19 sierpnia 2015

Jeśli ktoś myśli, że w piekle jest nieustający ukrop, to nie był na tegorocznym Brutal Assault. Ta edycja festiwalu wyróżniała się pod każdym względem. Po pierwsze była to już 20 edycja, zagrało naprawdę dużo kapel z różnych gatunków, a pogoda jak nigdy dawała w kość. Mimo pewnych utrudnień czynnie brałam udział w koncertach, a popalona skóra to mała cena za to kogo można było podziwiać na scenie.

PIERWSZY DZIEŃ

W Jaromierzu byłam od poniedziałku. W dwa dni zdążyłam się przyzwyczaić do pogody, mimo iż każdego poranka żyłam nadzieją, że spadnie deszcz, a temperatura diametralnie spadnie by dać odrobinę wytchnienia. Nie było tak. Jednak środowe koncerty startowały dopiero o 15, więc nie było krytycznie. Dla mnie festiwal rozpoczął się czeską kapelą DIPTHERIA.  Od pierwszych dźwięków ogień wypełniony dredami, screamem i mocnym uderzeniem perkusji. Niby wszystko się zgadzało, ale miałam wrażenie, że wokalista się bardzo męczył. Czerwona twarz i nieustannie napięta żyła na szyi przyciągała mój wzrok. Od pierwszych występów coś było nie tak z nagłośnieniem. Pamiętam z poprzednich Brutali, że te problemy pojawiały się bardzo często. Jednak to co działo się w kolejnych dniach, utwierdziło mnie w przekonaniu, że nagłośnienie takiej imprezy jest piętą achillesową organizatorów, ale o tym później. Po DIPTHERII zobaczyłam jeszcze OBLITERATE oraz TORTHARRY i to ta trzecia wypadła najlepiej. Tego dnia wybrałam się jeszcze na TRIPTYKON, którego koncerty są bardzo hipnotyzujące i dopracowane w każdym szczególe. Setlista krótka, ale bardzo intensywna. Nie zabrakło coverów Celtic Frost oraz Hellhammer. Pojawiły się utwory z „Eparisteria Daimones”- płyta genialna, a na żywo „Goetia”  z ciężarnymi riffami, opętaną melodią i niesamowitym głosem Thomasa idealnie zwieńczyła dzień.

DRUGI DZIEŃ

Planowo miałam scenę przywitać z rana, ale tempo ogarniania się trwało tak długo, że dotarłam dopiero na SQUASH BOWELS. Energiczne trio grające grindcore od 21 lat pokazało, że nadal potrafią robić hałas, a tempo nie zwalniało nawet na chwile. Skurczybyki wiedza jak podkręcać atmosferę. Po ich koncercie wybrałam się na zwiedzanie galerii z historią festiwalu. Na wielkich planszach przedstawione były kolejne edycje Brutala, gdzie na pierwszym było zaledwie 350 osób. Można było poczytać co z roku na rok przybywało, kto wystąpił, skąd pochodzi nazwa festiwalu czy logo. Dodatkowo można było kupić książkę opisującą szczegółowo rozwój tego niesamowitego wydarzenia muzycznego. Kolejne koncerty oglądałam dopiero wieczorem.

BLOODBATH to jedna z tych ekip, którą słuchałam jeszcze za kinder metala a tu dostałam szansę przeżyć ich muzykę na żywo. Szwedzka szkoła death metalu się kłania. Mimo iż z nowym wokalistą, miło było przypomnieć sobie takie utwory jak „So You Die” z albumu „Ressurection Trough Carnage” do którego mam sentyment, czy walcowate „Eaten” z „Nightmares Made Flesh”. Mimo wpadki ze sprzętem koncert był bardzo dobry, chociaż brakowało mi wokalu Mikaela, ale Nick Holmes stara się mu dorównać. Po nich na drugiej scenie wystąpił BIOHAZARD. Nie jestem znawczynią ich muzyki, ale koncert pozytywnie mnie zaskoczył. Było hardcore’owo, punkowo i bardzo spójnie. Koncert rozpoczynał się „Wrong Side Of The Tracks”, który jakoś tam kojarzyłam, ale na żywo to dopiero była miazga. Jednak w końcu przyszła 22 i na scenie wybuchł CANNIBAL CORPSE. George Fischer jak zwykle szaleńczo machał głową, a podobno sprzedał szyję dla szatana, jednak to co z niej zostało wykorzystuje w 100%. Zespół nadal gra na wysokim poziomie i ciężko było stać w miejscu przy „I Cum Blood”, „Make Them Suffer”, „Stripped, Raped And Strangled” czy oczywiście sztandarowym „Hammer Smashed Face”. Nie zabrakło też poczucia humoru z jakiego Corpsegrinder jest znany. Doskonały występ pełen brutalności, prędkości i specyficznego „cannibalowego” zacięcia. I tym ekstremalnym akcentem zakończył się czwartek.

TRZECI DZIEŃ

Piątek był dla mnie najbardziej chilloutowym dniem pod względem koncertowym. Nie było za wiele pozycji, które miałam w planach zobaczyć więc oddałam się szaleństwu zakupów. Dzięki wielkiej strefie merchy można było przebierać w koszulkach, płytach, najróżniejszych gadżetach. Po raz pierwszy zakupiłam dużą ilość koszulek, a z płyt najbardziej ucieszyłam się z nowego Gutalax’a  i jeszcze ciepłego Ogotay’a.  Koncertem, który zdominował ten dzień był show jakie dała meksykańska BRUJERIA. Co to się działo! Słońce paliło w czoło a mimo to radośnie skakałam i wtórowałam wokalom. Najbardziej czekałam na „Matando Gueros” i było tak jak tego oczekiwałam. Miazga w hiszpańskim stylu i ta niesamowita Pititis, która rozkręcała publikę. Wariaci wymachiwali maczetami i nawet na chwile nie zwalniali tempa. Genialny występ i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane zobaczyć ich na żywo.

Po 20 na scenie pojawił się NAPALM DEATH. Anglicy pokazali swoją nieokiełznaną dzikość, zabawa muzyką trwała do „Nazi Punks Fuck Off” po czym zaczęły się problemy. Wysiadł mikrofon Barney’a, a gdy już wydawało się, że jest wszystko ok, dwa ostatnie utwory można było posłuchać jedynie w wersji wokal + perkusja. Kapela słyszała siebie w odsłuchach jednak my nie dostaliśmy tej szansy by usłyszeć dwa ostatnie kawałki w normalnej wersji. Akustyk zdecydowanie nie zapanował nad tym co się dzieje. Może to ten gorąc tak działał na sprzęt, ale to nie zmienia faktu, że taka wpadka zostawiła niesmak. Szkoda zespołu, bo to nie ich wina i mimo tych problemów Barney do końca szalał po scenie. Po nich nadszedł czas na SEPULTURĘ. Miałam już okazję zobaczyć ich na Seven Festival w 2010 roku. Po 5 latach stwierdzam, że jest jeszcze lepiej. Moc biła ze sceny a wokal Derrick’a brzmiał bardzo death’owo. Czekałam w sumie tylko na stare utwory, bo już nie słucham SEPULTURY tak jak kiedyś i nie zwiodłam się, bo poleciało „Arise”, „Ratamahatta” i „Roots Bloody Roots”. Przyjemny koncert i bardzo dobrze dopracowany. Został jeszcze jeden dzień walki z upałem.

CZWARTY DZIEŃ

Ostatni dzień festiwalu i najbardziej gorący. Chociaż był w końcu wiaterek, który łagodził poranne stanie na koncertach. Sobotę rozpoczęłam przy grindach od RECTAL SMEGMA i było wszystko co w tym gatunku uwielbiam! Było gore, była wesoła muzyka, intensywne show. Po nich na deskach pojawił się norweski skład BLOOD RED THRONE. Mimo iż grają już kilkanaście ładnych lat, nie spotkałam ich na swojej muzycznej drodze, a tu jakbym dostała obuchem w głowę. Może pod sceną nie było za wiele ludzi, ale koncert mocarny, technicznie apetyczny i ten growl! Jak tylko wróciłam musiałam nadrobić stracone lata i poznać ten zespół od A do Z. Grają death metal, ale można w ich twórczości odnaleźć skandynawskie wpływy. Cała muzyka mocno mnie podnieciła, a niektóre utwory przypominały mi wczesne dokonania Cannibal Corpse. Zdecydowanie zespół ma u mnie duży plus.

W południe wystąpił DEFEATED SANITY – brutal death metal z Berlina. Niestety nie byłam do końca, bo słońce skutecznie mnie pokonało, ale na tyle co zostałam odebrałam ich muzykę bardzo pozytywnie. Ciężar perkusji, plugawe teksty i wokal, który dopełniał całość dawał ścianę konkretnej masakry. Szkoda, że występowali w dzień, bo było bardzo ciężko stać gdy temperatura przekraczała 40 stopni. Po nich miałam dłuższą przerwę na zregenerowanie sił i o 17 wybrałam się na CRYPTOPSY. Technicznie wszystko ze sobą współgrało, ale jak lubię ten zespół, to wokalista mnie zmęczył. Płyt mogę słuchać na okrągło, a na żywo miałam wrażenie, że Matt McGachy w kółko śpiewa to samo, był monotonny i pokuszę się nawet o słowo nudny. Niby nie powinnam porównywać go do Lorda Worma, ale poprzedni wokal był dla mnie bardziej trafiony i jakoś lepiej to wszystko brzmiało. Jednak to tylko moje zdanie, więc jeśli komuś się podoba wokal to super, mi na żywo niestety nie.

Tego dnia na 4 scenie ( nowość na Brutalu) wystąpił rosyjski band PHURPA. Poszłam tam z czystej ciekawości. Ich muzyka nijak się ma do metalowych szaleństw. To był klimat ambientowy, do medytacji, wyciszenia duszy, jak zwał tak zwał, było po prostu coś innego. Mężczyźni w przebraniach dmuchali w tuby i wydawali dźwięki, które słuchaczy miały zahipnotyzować. O ile na początku raczej podchodziłam do tego z dużym dystansem i śmiechem, to teraz mogę spokojnie stwierdzić, że o ile to nie mój klimat to nie było to złe. Było oryginalnie i intrygujące. Z pewnością zespół ma sporo zwolenników swojej twórczości, bo pod sceną była spora ilość ludzi. Pewnie część przyszła z ciekawości jak ja, ale było i grupa osób, która siedziała i oddawała się zadumie.
Powiem szczerze, że to by było na tyle. Nocne zespoły odpuściłam, niestety zmęczenie wzięło górę.

Mimo iż trochę koncertów pominęłam, te na których mi zależało widziałam w całości. Uprzedzam  pytania o kapele, o których nie napisałam. Pamiętajmy, każdy ma inny gust i lubi co innego. Ja piszę o tym co mi jest najbliższe i o czym moim zdaniem warto wspomnieć.

Dobra teraz czas na Was! Kto był na BA, co Wam się najbardziej podobało? Chętnie poznam Wasze opinie na temat tegorocznej edycji tego wspaniałego święta muzyki metalowej.

 

TAGI
PODOBNE WPISY