fekal party praga 2016
Podróże

Ekstremalny festiwal w zabytkowej stolicy Czech – relacja z Fekal Party 2016

Przez w dniu 01/09/2016

Te wakacje obfitowały w masę fantastycznych wydarzeń muzycznych. Ja co roku na stałe w kalendarz miałam wpisany Brutal Assault, a od ubiegłego roku doszedł do tej listy Obscene Extreme. W tegoroczne wakacje postanowiłam sprawdzić co kryje się pod nazwą Fekal Party, a przy okazji odwiedzić podobno jedną z najpiękniejszych stolic Europy.

Do Pragi przyjechaliśmy już w piątek, bo organizatorzy postanowili rozgrzać publikę pre-party, na którym ku mojemu zachwytowi miał zagrać m.in. Clitgore oraz Ahumado Granujo. Na koncert tych drugich polowałam już jakiś czas, więc wiedziałam, że nawet zmęczenie podróżą nie jest w stanie mnie powstrzymać. Plan piątku wydawał się prosty – przyjeżdżamy, jakiś obiad, parę piw i lecimy poszaleć pod sceną. Jednak rzeczywistość to zweryfikowała. Obiad  odpadł w przedbiegach i przeszliśmy od razu do schładzania organizmu procentami. W efekcie dojechaliśmy na koncerty, ale nie w tym stanie na jaki liczyliśmy na początku.

Klub Modra Vopice jest oddalony od centrum Pragi, ale łatwo jest tam trafić. Jest zlokalizowany poniżej głównej ulicy i świetnie przygotowany na koncerty. Pierwsza scena znajdowała się w lokalu, druga została zbudowana na zewnątrz. Od alkoholi uginały się półki, a i jedzenia nie brakowało. Była kiełbasa z grilla, smażony ser, czy domowy gulasz. Może niewiele, ale smakowało wybornie i zdecydowanie wystarczało by naładować baterie na kolejne występy. A jeśli o koncerty chodzi to już piątek dostarczył paru kontuzji karku.

Clitgore to konkretny łomot z Rumunii. Na koncie mają raptem jeden album, ale jak go grają na żywo to nawet ściany klubu tańczą. Perfekcyjny grindcore w soczystym wydaniu tego trio zapowiadał bardzo udany weekend. Na dokładkę trochę pogadałam i wypiłam parę shotów z basistką. Świetna babka z wielkim serduchem do grania. Po nich na scenie zamontował się Ahumado Granujo. Czeskie elektro goregrindy dały niezłego kopa. Dużo robiło nagłośnienie, które przy tak ekstremalnych festiwalach, musi być perfekcyjne, bo inaczej wszystko się zlewa w jedną masę i po prostu nie idzie tego wytrzymać, a tym bardziej radować się występem. Wracając do Ahumado, panowie skupili się na albumie Chemical Holocaust i występ na żywo nawet lepiej bujał niż sam krążek. Tańczyłam, skakałam i wiem, że jak jeszcze kiedyś będę miała okazję to obowiązkowo pojawię się na ich kolejnym gigu.

Kolejny dzień po brzegi był wypełniony znanymi oraz tymi nieco mniej znanymi kapelami gustującymi w ekstremalnym graniu. Po śniadaniu na praskim starym mieście dojechaliśmy ok. godziny 12.30 na miejsce festiwalu.  O ile piątkowe harce działy się w klubie, sobotnie do ciszy nocnej odbywały się na świeżym powietrzu. Temperatura jak w piekle, zimny Kozel, jedzenie z grilla i 12 godzin w towarzystwie szalonych fanów spragnionych gutturali. Pierwszy zespół, który zapadł w pamięć to nasz rodzimy Ass To Mouth. To oni obok Squash Bowels i Dead Infection to nasza grindcore’owa duma. Występ na wysokim poziomie, utwory były selektywne i łatwe do rozpoznania. To nie było zwykłe nawalanie i robienie hałasu, była energia, był konkretny przytup. Zdecydowanie jeden z 3 najlepszych koncertów tej edycji festiwalu.

Potem przyszła kolej na Gutalax, którego znawcom tematu nie muszę przedstawiać. Ich występy to jak zabawa w przedszkolu, jest beztrosko, kolorowo, ale możemy pić alkohol. Show radosne, doprawione tekstami rzucanymi do publiki i ogólny szał pod sceną. Nie zabrakło takich utworów jak Robocock czy Swallowing The Seeds Of An Elperly. Ich występ zdecydowanie zebrał największą publikę mimo panujących 32 stopni w słońcu.

Po nich na scenie pojawiło się francuskie trio KaliYuga. Za mikrofonem stanęła skąpo odziana brunetka, która operowała scream’em. Sprawdzałam ich przed przyjazdem i nie było źle, jednak na żywo ich mieszanka black metalu z crust punkiem mnie nie kupiła. Mimo iż wokalistka robiła kocie ruchy, tarzała się po podłodze i o mało nie świeciła piersiami, to nie ratowało ich występu. Męska część publiczności była zachwycona, ale myślę, że bardziej wdziękami Emilie niż koncertem.  To był dla mnie najsłabszy występ tego dnia.

W końcu dochodzimy do tych, którzy byli moim skromnym zdaniem najlepsi i ich gig na długo zapadnie mi w pamięć, a mowa tu o holenderskim Korpse. Doskonale dopracowany występ, było brutalnie, slamowo i nie można było się wyrwać z transu w jaki ten zespół potrafił wprowadzić słuchacza. Zrobili to czego nie udało się mojemu proboszczowi, a mianowicie położyli mnie tym gigiem na kolana. Dodatkowo promowali tegoroczny album Unethical, który czym prędzej kupiłam i zdecydowanie  jest to kawał cholernie dobrego mięsa, które nie męczy, a ekscytuje i poraża siłą dźwięku. Jeśli jesteście fanami Devourment to wierzcie mi wpadniecie po uszy w sidła Korpse.

Na uwagę zasługują jeszcze występy holenderskich ekip Rectal Smegma i Cliteater. O ile Ci pierwsi, nie zaskoczyli mnie jak za pierwszym razem na Brutal Assault, to Ci drudzy zdecydowanie porwali tłum. Fekal Party zdominowały ekipy z Holandii, fajnie by było gdyby kiedyś to polskie składy były w większości. A jest na to szansa, bo edycja w której uczestniczyłam była 18, a patrząc po frekwencji ten fest jeszcze ma szansę się rozwinąć i nie stracić na autentyczności. Takie składy jak Cicatrix, Unborn Suffer czy tegoroczni debiutanci  Straight Hate i Fetor z pewnością przypadli by do gustu i idealnie wpisali się w klimat imprezy.

Te dwa dni były męczące, ale muzyka dała pozytywnego kopa do pracy. Mimo gorąca przeżyliśmy to i wiem, że za rok tam powrócę, by po raz kolejny pobawić się w kameralnym towarzystwie fanów gatunku i wypić nie jednego shota Bozkova zagryzając smażonym serem.

Zacieszpodpis-9

TAGI
PODOBNE WPISY
  • LadyGothic

    Ciekawy festiwal, ale chyba dla mnie to za dużo tej muzycznej ekstremy.