planet hell debiut
Muzyka

PLANET HELL „Mission One” – dryfując w kosmosie

Przez w dniu 02/01/2017

Facebook dla mnie to źródło rozrywki, kontaktu ze znajomymi, ale również służy do poszerzania wiedzy muzycznej. Pewnego szarego dnia, kiedy nie wiedziałam co posłuchać, niespodziewanie na tablicy wyskoczył mi utwór Planet Hell polecany przez jednego ze znajomych. Włączyłam playlistę i dosłownie odleciałam w kosmos. Mój zachwyt trwa od dobrych kilku tygodni, a dziś chce się nim z Wami podzielić.

Lubisz Lema, polubisz Planet Hell

Planet Hell to katowicki skład, który w minionym roku wypuścił swój debiutancki album Mission One. Pierwsze na co zwróciłam uwagę to tematyka. Zespół napisał teksty inspirowane twórczością Lema, dodał do tego progresywną death metalową otoczkę i w efekcie dostajemy bardzo przestrzenny i wysublimowany krążek wypełniony po brzegi historiami, jak również wibrującymi dźwiękami. Jak już wspomniałam, zespół czerpał garściami z książek Lema. Mamy więc tutaj opisy robotów, eksploracji odległych planet czy różnych działań astronautów. Na dodatek kapela zadbała perfekcyjnie o oprawę tego materiału. Debiut wyszedł w formie digibooka z książeczką będącą jakby dziennikiem pokładowym. Znajdziecie w niej teksty zarówno po angielsku i po polsku, na dodatek każdy jest poprzedzony wprowadzeniem by jeszcze bardziej pobudzić wyobraźnię słuchacza. Całość dopełniają rysunki Daniela Mroza, który od lat towarzyszył twórczości Lema.

planet hell digibook

Kosmos i death metal

Rozpływam się nad tym wydaniem, jednak oprócz pięknego wydania, to muzyka jest tu najważniejsza. Planet Hell określa ją jako progresywny death metal. Faktycznie czuć ciężar znany z klasycznych śmierć metalowych zagrywek, ale łagodzą to przemyślane solówki, czy efekty rodem ze statków kosmicznych. Jednak nie ociera się to o kicz lub przesadę. Kompozycje są bardzo spójne, zaskakujące, a muzycy doskonale poradzili sobie z budowaniem napięcia, zwolnieniem temp. Wokal natomiast momentami przypomina mi samego Jeffa Walkera, co wybornie uzupełnia prezentowane utwory. Mission One mnie pochłonęło bez reszty. Z każdym przesłuchaniem wyłapuje nowe smaczki i nie mogę wyjść z podziwu nad tym debiutem. Mimo swojej doskonałości nie dotarł on do zbyt wielu osób. Gdyby nie Facebook też raczej bym o nich nie usłyszała. Mimo iż dziennie przekopuje się przez masę polskich i zagranicznych wydawnictw, by odkryć coś świeżego. Na szczęście mam już swój egzemplarz w domu i w kółko go sobie dawkuje.

Roboty, ludzkość, nicość

Nie byłabym sobą, gdybym nie miała swoim ulubieńców. Faktem jest, że warto ten album słuchać w całości. Jednak ja mimo to mam swoich faworytów, którzy moim zdaniem zasługują na szczególną uwagę. Na początek Nothing Machine, który otwiera płytę i bombarduje uszy szaloną perkusją. Następny to Invicible, gdzie pojawiają się dźwięki przypominające sonar, a riffy pędzą niczym rydwany w wyścigach. Szybkie tempa na szczęście nie męczą lecz powodują nieopisaną ekscytacje przed kolejnymi kompozycjami. Warto zwrócić uwagę na Astronauts, które jako jedyne zaczyna się balladowym wejściem, by potem uderzyć gromowładną solówką. Return From The Stars to opis powrotu na Ziemię astronauty, który nie może uwierzyć, jak bardzo zmieniła się planeta pod jego nieobecność. Jak dla mnie ten utwór mógłby być wykorzystany w jakimś filmie sci-fi. Znakomite technicznie wariacje podane z lekkością i doprawione zapadającymi w pamięć przejściami. Mission One zamyka cover zespołu Rush Earthshine, który został misternie wpisany w klimat płyty i wspaniale wieńczy podróż po tym debiucie. Mam nadzieję, że Planet Hell pociągnie ten pomysł dalej i zabierze mnie jeszcze w niejedną misję. Tymczasem wracam do jej słuchania, a Was zachęcam do sprawdzenia tej oryginalnej płyty.

 

TAGI
PODOBNE WPISY