anthem mad lion records
Muzyka

ANTHEM „Praeposterum” – death metalowy rytuał destrukcji

Przez w dniu 10/03/2017

Wobec death metalu jestem szczególnie wymagająca. Nowych krążków wychodzi tyle, że potrafię godzinami przebierać w premierach aż znajdę coś, co faktycznie mnie wciągnie na dłużej. Dlatego też zanim skrobnę kilka zdań o danym albumie rozgrzewam go do czerwoności w odtwarzaczu, notuje i wracam kolejnego dnia by sprawdzić czy faktycznie to co zaskoczyło między mną, a nim na początku, nadal jest. Z poznańskim Anthem poszło gładko. Zdominował mnie już na dzień dobry i za cholerę nie chciał puścić przez dobry tydzień. 

Anthem znam odkąd wypuścili swój debiut w 2014. Kupili mnie wówczas swoim obskurnym brzmieniem i powiem szczerze, że wypatrywałam kiedy sprezentują kolejne dzieło. Na nowy strzał nie przyszło mi długo czekać, bo pod koniec ubiegłego roku wypuścili nakładem Mad Lion Records kolejny krążek, który już pierwszymi dźwiękami absolutnie mnie uwiódł. Jest to brudny, perwersyjny rytuał zniszczenia.

Pierwszą rzeczą na jaką zwróciłam uwagę w Praeposterum jest bas. Przyjemnie pieści uszy i doceniam fakt, że jest tak dobrze słyszalny. Kolejnym plusem okazała się perkusja. Obłędnie szybka, ekspresyjna, z ciekawymi wariacjami. Do tego rozdzierający duszę niski, bluźnierczy growl i przyjemne mięsiste riffy zapowiadające, że ta płyta nie da wytchnienia nawet na chwile. Te dźwiękowe deprawacje trwają dobre pół godziny, a atmosfera jest gęsta jak smog w Warszawie, więc słuchacie na własną odpowiedzialność.

Utwory Thelema czy Cursus dowodzą, że zespół jest technicznie na bardzo wysokim poziomie, a perkusja to po prostu miód na moje serce. Taką chłostę to ja mogę przyjmować codziennie! Lecimy dalej i wpadamy w Rytuał Destrukcji, który rozkosznie wpełza w uszy. Kolejno mamy Rokosz, który opluwa wszystko co święte. Zwieńczeniem tej rozpasanej podróży jest Liber Al Vel Legis, który nieco odbiega aranżacją od poprzedników, ale perfekcyjnie zamyka całość.

Album Praeposterum to kawał konsekwentnego death metalu, który jest mocny i doskonale wyważony. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to wstawka instrumentalna 666. Niestety wybija ona  z tego szatańskiego tempa, przez co jest dziwna w odbiorze. Nie jest zła, ale jakoś gryzie mi się z resztą utworów. Dodam, że okładka wypada dosyć średnio przy tym co zawiera ten album. Na szczęście muzyka się broni, więc przymykam na to oko.

Zatem jeśli lubicie uciekać w piekielne czeluście i karmić się death metalową agresją, to ten krążek Was zachwyci. Ba, zobaczycie, że nie będziecie mogli się od niego oderwać.

 

 

 

 

 

 

TAGI
PODOBNE WPISY