overkill the grinding wheel
Muzyka

OVERKILL „The Grinding Wheel ” – thrash metalowa burza

Przez w dniu 07/04/2017

Znacie uczucie zbliżającej się burzy w ciepły dzień? Za oknem robi się ciemno, wiatr zaczyna tańczyć wśród drzew i nagle pojawiają się błyski i te dziwne hałasy. Wiatr przyspiesza i po chwili pojawiają się pojedyncze krople. Niespodziewanie zamieniają się one w gęstą, mokrą kurtynę, przed którą nie ma ucieczki. Nagle jesteście cali mokrzy, ale szczęśliwi, bo deszcz ochładza zgrzane ciało, a potem w powietrzu unosi się ten wspaniale orzeźwiający zapach. I taką właśnie burzę przyniósł mi nowy album Overkill The Grinding Wheel.

Najświeższy album Amerykanów włączyłam, aby przepędzić nadchodzący deszcz. Burza wisiała od dobrej godziny, a ja powiem Wam, byłam zła, że coś planuje zaburzyć tak piękną słoneczną pogodę, która utrzymywała się od kilku ładnych dni. Jako że z szamaństwem mam tyle wspólnego, co świnka morska z morzem, to burzy nie przegoniłam, za to poznałam dogłębnie kompozycje panów z Overkill i dosłownie utonęłam w ich przebojowych kawałkach.

The Grinding Wheel nie jest albumem nowatorskim. Nie zerwie z Was ciuchów i nie rzuci Was w orgię doznań. Jednak mimo to zatrzymał mnie przy sobie. Jest jak deszcz. Potrafi spokojnie padać, ale jak walnie piorunem, to podskakujecie i jesteście w szoku. Tak, te stare wygi jeszcze potrafią rozruszać. To, co napędza ten album to klasyczny styl thrash metalu pociągnięty heavy metalową farbą. Takie granie zdecydowania wpada w ucho.

Nie bez przyczyny zespół wybrał akurat Goddamn Trouble, Our Finest Hour, Shine On oraz  Mean, Green, Killing Machine do promowania albumu. Ba, to one mnie przekonały, aby sięgnąć po ten krążek. W całym zestawieniu te utwory faktycznie są tu najbardziej chwytliwe i chętnie puszczałam je sobie kilkukrotnie podczas przesłuchiwania całości. O ile utwory z The Grinding Wheel mają pazur, potrafią rozhulać i z pewnością kilka z nich to będą swoiste wulkany energii na koncertach, to płyta ma też swoje potknięcia.

Pierwsze co rzuca się w oczy to długość kawałków. Odnosi się wrażenie, że muzycy usilnie przedłużali kompozycje, zamiast w trafnym punkcie urwać i przejść dalej. To może faktycznie irytować osoby, które są przyzwyczajone do 3-minutowych zrywów, a nie 6-minutowej rozgrzewki. Do tego utwory są za bardzo przewidywalne, brakuje tu momentami ostrych ciosów w tyłek. W zamian mamy jedynie kilka lekkich klepnięć, które bardziej łaskoczą, niż powalają na kolana. Mimo to nie brakuje kapitalnych solówek i rwących riffów, które znajdziecie choćby w Red, White and Blue. 

Podsumowując Blitz i spółka pomimo upływu lat trzymają swój poziom, nie kombinują, ale swoim klasycznym thrashowym podejściem potrafią oczarować. Jeśli podobał Wam się tegoroczny Kreator, to koniecznie sprawdźcie też nowe wydawnictwo Overkill, bo o ile nie ma tu tony fajerwerków, to jest to dobra płyta mająca swoje przebojowe błyski.

 

TAGI
PODOBNE WPISY