recenzja cytotoxin
Muzyka

CYTOTOXIN „Gammageddon“ – wdychając radioaktywny pył

Przez w dniu 04/10/2017

Wdychając radioaktywny pył nie dość, że można się niemiłosiernie zakrztusić, to finalnie zakończyć swój żywot. Na szczęście przy albumie Cytotoxin Gammageddon jedyne czego musicie się obawiać, to solidnego napromieniowania, ale death metalem.

MUZYKA HISTORIĄ PISANA

Ten rok obfituje w znakomite albumy pod szyldem death metalu. Po co bym nie sięgała, to zaraz staje się to moim codziennym kompanem przy kawie, książce lub na spacerze. Świadczy to tylko o tym, że zespoły naprawdę zaczynają osiągać konkretny poziom w swoich gatunkach. Dokładając do tego hektolitry swoich umiejętności, podarowują nam takie albumy jak tegoroczne wydawnictwa Immolation, Broken Hope czy Dying Fetus. Jeśli dodatkowo dana płyta czy utwór opowiada o jakimś historycznym wydarzeniu, to jestem już na maksa zaintrygowana. Może kojarzycie Angel Of Death Slayera, który opowiada o makabrycznych zdarzeniach, jakie odbywały w hitlerowskim obozie Auschwitz, a tytułowym aniołem śmierci nazywano dr Josefa Mengele? Czy Stalingrad w wykonaniu Hail Of Bullets opisujący bitwę pod Stalingradem lub Anthrax śpiewający o zniesławieniu rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej w utworze Indians? Do tego worka śmiało można dorzucić cały album Cytotoxin Gammageddon, który traktuje o katastrofie elektrowni jądrowej w Czarnobylu.

ZAPACH NUKLEARNYCH GROBÓW

Na początek okładka. Już ona sugeruje, czego możemy się spodziewać w środku. Szalejące riffy, tuż za z nimi gromowładny bas, wybuchające bębny, a wszystko to spajają chore gutturale wokalisty. Od pierwszego utworu wiedziałam, że lekko nie będzie, ale cholera, chciałam wejść w ten klimat na całego. Chłonąć go skórą i poczuć tę historię, która niestety nie ma lukrowanego zakończenia. Zespół, jak przy poprzednich krążkach, skupił się na opowiedzeniu czarnobylskich wydarzeń z różnych perspektyw, a wszystko to obsypując niewyobrażalnym poziomem technicznym. Klimat jest ponury, ale niesamowicie wdziera się w umysł. Podobają mi się melodyjne wstawki, które trafnie rozbijają niepokój powodowany przez kolejne fragmenty płyty. Czy są jakieś wady? Dla mnie w sumie nie ma, bo ja kocham takie granie i nie męczę się jak osoby, dla których taka fala brutalności i technicznych zagrywek może przyprawić o zawrót głowy.

„ZIELONA ŁĄKA W CZARNOBYLU POZOSTAJE WIZJĄ“

Muszę przyznać, że podoba mi się to, w jakim kierunku Cytotoxin podąża. Cieszę się, że mimo uczepienia się przez nich jednej tematyki, nadal potrafią ciekawie przedstawić swoje racje dotyczące tego wypadku jądrowego. Bardzo mocnym punktem są teksty, które znakomicie nawiązują do tego, co działo się w elektrowni przed wybuchem, w trakcie, jak również co się stało z Prypecią, gdy już radioaktywny pył opadł. Dlatego polecam Wam zatopić się w Chernopolis, dać się zaskoczyć w Deadzone Outpost, przemyśleć tekst zawarty w Redefining Zenith (gdzie gościnnie udzielił się Sven z Aborted). Na koniec uspokoić się przy instrumentalnym Sector Zero, który jest perfekcyjnym zwieńczeniem chaosu, w którym się trwało przez ostatnie 40 minut. Gdy powrócicie już z tej muzycznej podróży, to pomyślcie, jak my mamy dobrze. Jesteśmy daleko od tej martwej, napromieniowanej strefy, a jedynym pyłem, jaki może nas dopaść, to ten pod sceną, gdy będziemy pogować na koncercie Cytotoxin.

 

 

 

 

 

TAGI
PODOBNE WPISY