ropień początek końca świata
Muzyka

ROPIEŃ „Początek końca świata” – zatruta rzeczywistość cuchnąca trupem

Przez w dniu 20/10/2017

Gdy po raz pierwszy usłyszałam nazwę Ropień, to pierwszą myślą było to, że na bank mam do czynienia z nową grindcore’ową bandą. No bo wiecie, ropień, ropa, zakażenie – idealna pożywka dla grindcore’owych kompozycji. Myliłam się. Zamiast torpedujących zewsząd jęków odzwierzęcych, dostałam zgrabny materiał, gdzie w jednym kotle znalazł się punk rock, nowa fala i szczypta death metalu. Czy taki projekt może zachwycić i skraść kilka godzin dziennie na słuchanie? Zaraz się tego dowiecie.

Pierwszą styczność z punkiem miałam jeszcze jako nastolatka. Wiedziałam, kim jest Dezerter, Armia, KSU czy Siekiera. Jednak mimo posiadania kumpli wyśpiewujących w parku kolejne wersety mówiące o wolności, ja wybrałam drogę metalu, gdzie zagrzałam miejsce na stałe. Obecnie do punka wracam jedynie za sprawą mojego partnera, który to na tej właśnie muzyce się wychował. Czasami wieczorową porą oddajemy się punkowym dźwiękom z winyli, jednak nie karmię się tymi dźwiękami codziennie. Dlatego o samym punku nie mogę za wiele napisać, ale o emocjach z nim związanych już tak.

Na albumie Ropnia Początek końca świata dostałam szereg różnych uczuć i zaskoczeń. Inteligentne teksty, momentami skropione czarnym humorem, wyśpiewywane zapamiętywalnym wokalem. Doskonała sekcja gitar, wyraźne bębny, a wszystko to obrośnięte mrokiem, syfem i zgnilizną obecnego świata. Ten materiał, mimo iż może przywoływać inspiracje punkowymi czy metalowymi kapelami z lat 80, to jest to jak najbardziej przyjemnie podane i nie powoduje znudzenia po kilku utworach. Słuchając płyty w całości, świetnie wyczuwa się narastające napięcie. Nie ma tu czasu na dłużyzny, usilnie wpychanie fajerwerków.

Pierwsze utwory, na które zwróciłam uwagę to Inwazja porywaczy ciał oraz Mewy. To jest zdecydowanie mój klimat i zdarzało mi się je wielokrotnie nucić. Duch starego punku wypełza z Krwi, Zjednoczonych sił zła, jak i otwieracza albumu — Królowie życia i śmierci. Zimną falę poczujecie bardziej w drugiej połowie płyty. Tam zaczyna się robić bardziej duszno. Ten gęsty klimat perfekcyjnie obrazuje kawałek Bez obietnic, który zamyka płytęNa ukłon zasługuje wokalista, który żongluje swoimi umiejętnościami i za każdym razem trafia celnie w punkt. Potrafi zaskoczyć doskonałą dykcją oraz budowaniem atmosfery. Na plus zadziałał również gościnny występ wokalisty Cerebrum, który znakomicie wpasował się w zadziorność poszczególnych kompozycji.

O ile cały album sprawił mi sporo frajdy przy słuchaniu, bardziej mimo wszystko, weszły mi energetyczne piosenki z początku, niż te pod koniec jak Wiosna czy Zaklinacz.  Na tym wydawnictwie nie brakuje świetnie uchwyconych myśli, szczerych porównań, znakomicie skomponowanych melodii. Zdarzają się mocniejsze riffy, ale jednak to punk rock wiedzie tu prym. Z pewnością zespół wypadłby fajnie na koncertach, bo jest tu kilka naprawdę trafionych, przebojowych momentów. Na koniec dodam, że okładka autorstwa Bartosza „Hombre” Kraszewskiego genialnie wyglądałaby na winylu. Oj taki czarny placek pieściłby zmysły znakomicie.

Podsumowując płyta i zachwyca, i wspaniale wyrywa z monotonii życia na wiele godzin. Dlatego polecam Wam bliżej zapoznać się z Początkiem końca świata. Przesłuchanie go zajmie Wam tyle, co obejrzenie serialu na Netflixie, więc warto oddać te pół godziny i poznać ten nadbałtycki zespół, bo myślę, że po tak mocnym debiucie, jeszcze nie raz o nich usłyszymy.

 

TAGI
PODOBNE WPISY