Cannibal Corpse Red Before Black recenzja
Muzyka

CANNIBAL CORPSE „Red Before Black” – zabawa w krwawego berka

Przez w dniu 22/11/2017

Pamiętacie, jak będąc niesfornymi dzieciakami, bawiliście się w berka? Jedni już wtedy mieli nogi Usaina Bolta i choćby się silnik w tyłku miało, nie szło ich dogonić. Inni natomiast byli łatwymi celami. Nogi im się plątały, jakby ktoś je skrępował sznurem i przy jednym odwróceniu głowy, lądowali brzuchem na piachu. To były takie beztroskie czasy, pełne uśmiechów, buzi w błocie i kolekcji tęczowych siniaków. O tych sielankowych chwilach przypomniał mi jeszcze ciepły album Cannibal Corpse Red Before Black. Amerykanie postanowili zabawić się ze słuchaczami w berka, ale na ich zasadach. Ma być głośno, nieziemsko szybko i krwawo jakby sam Tarantino dopieszczał teksty. Jednym słowem, biegnijcie ile sił w nogach, bo możecie stracić głowę. Dosłownie.

Zaczyna się prosto – Only One Will Die. Pocieszające, że tylko jedna osoba nie dotrwa do końca tej śmiertelnej rozgrywki. Zaczynacie biec. Czujecie na plecach krople potu, włosy falują w rytm donośnych bębnów, a w oddali wita Was tylko ciemność. Przyspieszacie i nie tracicie nadziei. Powoli zaczynacie odczuwać ciężar na płucach. Palenie papierosów z pewnością nie zrobiło im regeneracyjnej inhalacji. W ustach czujecie metaliczny posmak. Krew? Tak to krew, która zaczyna się sączyć z przygryzionych warg. Z oddali słyszycie Red Before Black i już wiecie, że to, co było na początku, to tylko przystawka mająca pobudzić łaknienie. Boicie się odwrócić, bo te solówki tną jak sushi master świeżo złowionego łososia. Ta muzyka jest taka porywająca, a zarazem taka niebezpieczna. Jednak zabawa dopiero się zaczyna.

Biegnąc, zahaczacie o kolejne gałązki, a spadające liście zdradzają kierunek Waszej ucieczki. Oddech wariuje, gardło zachodzi suchą powłoką. Jednak Code Of The Slasher przypomina Wam, że przegrani kończą ze stalą na gardle i zaczynacie przyspieszać mimo coraz miększych łydek. Ta intensywność Was dopinguje. Jednak zauważacie, że Wasze mięśnie z każdym metrem słabną. Już czujecie, że z tej muzycznej pułapki nie ma ucieczki i jedyne co Wam pozostało, to przystać na jej warunki. Wasze przemyślenia przerywa niespodziewane szarpnięcie za ramię. Cholera! To już jest koniec. Odwracacie się. Zauważacie błysk białych zębów, które wyłaniają się z zachlapanej krwią twarzy. Nad głową spostrzegacie połyskujące ostrze. Jednak ręka, która jeszcze przed chwilą wbijała swoje palce w Waszą spoconą skórę, słabnie i puszcza Was wolno.

Bo to jest tylko zabawa. Nikt nie chce, żebyście zginęli. Taki właśnie jest album Cannibal Corpse Red Before Black. Jest to wyborna muzyka pełna ekspresji, nasączonych juchą tekstów i niezawodnie porywających riffów. Jednak nikt Was nie skróci o głowę, za to żeście z tą płytą spędzili upojną noc. Takich Kanibali już dobrze znacie odkąd za wokal odpowiada Corpsegrinder. I ta płyta jest dowodem, że zespół nadal ma tę siłę, ten dryg do tworzenia masakrujących utworów. Red Before Black nie daje złapać dodatkowego oddechu i to w niej tak bardzo mnie pociąga. Przesiąka i obezwładnia już od pierwszych minut. Chcę się bawić w takiego berka, chcę czuć te uderzenia bębnów na plecach, chcę kosztować tych riffów na skórze. Taki jest death metal. Taki ma być death metal. A z pewnością ten, który wychodzi spod palców Cannibal Corpse.

TAGI
PODOBNE WPISY