hellish god the evil emanations
Muzyka

HELLISH GOD „The Evil Emanations” – włoski metal z piekielnym temperamentem

Przez w dniu 18/01/2018

Z włoskim metalem nie jestem jakoś szczególnie zaznajomiona. Są pojedyncze ciosy, które szanuję i chętnie wrzucam w odtwarzacz. Jednak chciałabym poznać ich metal bardziej dogłębnie. Po tym, jak w tamtym roku Hideous Divinity o mało nie wybił mi zębów swoim technicznym sznytem, zapragnęłam wejść we włoski świat. I zasmakować go od tej death metalowej sceny, połykając kolejne albumy, które dopiero co wychodzą na światło dzienne. Na początek podałam rękę dla pochodzącego z górskiego miasta Campobasso, Hellish God. Ósmego stycznia miał premierę ich debiut The Evil Emanations, a dziś mam dla Was kilka moich przemyśleń po uczcie brzmień, jakie znalazły się na tym wydawnictwie.

The Evil Emanations to czarci death metal, który opowiada o złych duchowych siłach w żydowskim mistycyzmie. W ich muzyce doświadcza się piekielnego chaosu o prędkości najlepszych aut świata. Chorobliwe dźwięki leją się z każdego kawałka niczym wino na bladą skórę dziewicy, a bębny chłostają umęczone dusze, które już dawno zapomniały co to ból. Włosi ten półgodzinny album napełnili fantastycznymi riffami, które przyjemnie musują w uszach (Anti-cosmic Decree). Każdy kolejny kawałek rwie coraz bardziej. Skóra pęka, krew chlapie, a Wy z uśmiechem na ustach wciągacie się w te intensywne ryki. Podoba mi się, że bas jest tak nisko strojony i każda jego symfonia chrupnięcia nie daje o sobie zapomnieć. Och i ta solówka w Burning The Infidel. Jeśli początek płyty nie przekonałby Was wystarczająco, aby wybrać się w dalszą podróż z Hellish God, to te plugawe szarpnięcia Was totalnie zepchną w demoniczną otchłań.

Death metalu od Hellish God nie można nazwać odkrywczym, ale ciekawe skomponowanym już tak. Mimo iż wokal nie jest różnorodny, to znakomicie pasuje do konwencji poszczególnych utworów. Złowieszczo pluje i podkręca diabelską atmosferę, nie odstając ani na chwile od muzycznego tła. Podoba mi się intro, które wprowadza taką nutę grozy i tajemniczości. Doskonałym ciosem jest finalny utwór Marching With The Accuser, gdzie zespół dokonuje ostatecznej rzezi. Pomimo wielu niesłychanie przyjemnych momentów, na płycie znalazły się kawałki, które wyszły dosyć prosto i tak jakoś bez polotu. Jest to old school death metal, ale ja bym nie skąpiła na uatrakcyjnianiu, bo w czasach gdzie porażających kapel death metalowych jest na pęczki. To trzeba dać coś, co będzie jak chrupiący gofr na plaży w upalny dzień. Mamy się nim delektować, pieścić jego smakami i prosić o więcej.

Album The Evil Emanations jak na debiut uważam za bardzo udany. Jest to jakiś pomysł i udało im się zainteresować mnie na długi czas. Z pewnością chętnie zobaczę, co ten zespół przyniesie w przyszłości. Natomiast Wy, jeśli lubicie klimat Krisiun, Morbid Angel czy Hate Eternal, to z pewnością odnajdziecie w tym albumie jakiś smakowity kęs dla siebie.

 

 

TAGI
PODOBNE WPISY