najlepsza muzyka do czytania
Muzyka

Posłuchaj, poczytaj, powtórz czyli najlepsza muzyka do czytania

Przez w dniu 21/02/2018

Moja miłość do książek zaczęła się gdzieś pomiędzy Dziećmi z Bullerbyn a Anią z Zielonego Wzgórza. Z wypiekami na twarzy czytałam o miejscach, które były dla mnie jak odległa planeta. O przygodach, które mnie nigdy nie spotykały i o przyjaźniach, które chciałam, aby mnie w końcu odnalazły. Ja urosłam, literatura się zmieniła, ale ta miłość i jednocześnie słabość do pisanych opowieści jest we mnie nadal. A ja starannie ją pielęgnuję. Podlewam pachnącymi premierami, użyźniam trzymającymi w napięciu kryminałami i przede wszystkim dzielę się nią z innymi, aby w innych tę miłość rozpalić. Kiedyś czytałam w ciszy, żaden dźwięk nie miał prawa wkradać mi się w uszy, gdy ja spokojnie połykałam kolejne litery. Teraz uwielbiam, gdy coś mruczy z głośnika, ale nie dominuje mojej uwagi. I dlatego dziś chcę Wam opowiedzieć o najlepszej muzyce do czytania.

Pomimo mojej głębokiej miłości do death metalu, to akurat tej muzyki nie puszczam, gdy rozsiadam się z książką. Wynika to po części z tego, że w tego rodzaju muzyce tak dużo się dzieje, że zabiera ona całą moją uwagę i nie potrafię już skupić się na czytanej powieści lub zmusza mnie to do czytania po kilka razy tej samej strony, bo gdzieś w połowie zdania zamyśliłam się nad solówką lub partią bębnów. Do czytania, zdecydowanie bardziej, pasuje mi muzyka, która nie ma absorbującego wokalu lub jest po prostu w ogóle jego pozbawiona. Testowałam na sobie najróżniejsze melodie, aby dziś dać Wam, kilka ciekawych albumów, które umilą Wam czas przy książce.

MILES DAVIS – Kind Of Blue

Jazz to mój faworyt, jeśli chodzi o muzykę do czytania. Nie na darmo w wielu barach czy kawiarniach możecie doświadczyć właśnie tej muzyki. Koi, przyjemnie kołysze, zawsze brzmi świeżo i ekscytująco. Album Milesa Davisa to klasyk jazzowy. Pomimo że została nagrana prawie sześćdziesiąt lat temu, jej jakość jest znakomita. Trąbka Davisa czaruje i wierzcie mi, jak raz poczujecie jej drgania na skórze, to ciężko będzie Wam się oderwać.

DEATH IN ROME – Hitparade

Jeśli słuchać coverów, to najlepiej tych w wykonaniu neofolkowej kapeli Death In Rome. Nie słucham muzyki popowej, ale ten zespół wziął w obroty największe hity tego gatunku i zrobił z nich wyborną ucztę muzyczną. Kompozycje są mroczne, mgliste, bazują na sprawdzonym przez zespół motywie, ale słucha ich się z niebywałą przyjemnością. Ostatnie moje książki, to były thrillery psychologiczne i powiem Wam, że ta muzyka ogromnie podbiła mi ich atmosferę. Polecam szczególnie cover What Is Love, Wonderful Life oraz Careless Whisper.

DEAFHEAVEN – Roads To Judah

Esencją muzyki Deafheaven jest niesamowita ściana blastów, stłumione riffy i gdzieś z oddali dobiegające wrzaski. Na pierwszy rzut oka, możecie odnieść wrażenie, że szaleństwo i natężenie, jakim operuje Deafheaven to może być zbyt wiele, ale nic bardziej mylnego. Ona tak przyjemnie wpełza w ucho, wibruje w duszy, wciąga w to szaleństwo, jednocześnie subtelnie bawiąc się naszymi emocjami. I przede wszystkim nie odrywa Was od czytanej historii, a tylko dopełnia jej odczuwanie.

EARTHLESS – From The Ages

Earthless to instrumentalny stoner rock. Sprawdzi się u osób, które stawiają na bardziej energiczne tło do lektury. A album From The Ages to przykład muzycznej podróży dookoła wszechświata, którą chce się przeżywać bez końca. Jest tu stonerowy pazur, psychodeliczna nonszalancja i zapach dzikiej wolności. Obok tej różnorodności i wielobarwności nie można przejść obojętnie.

BOHREN & DER CLUB OF GORE – Sunset Mission

Kolejny jazz, ale tym razem taki, który pociągnięty jest grubą warstwą noir i ambientu. Jeśli słuchając soundtracku do Twin Peaks Wasze kąciki ust wędrują do góry, a skórę pokrywa gęsia skórka niepokoju, to atmosfera, jaką tworzy Bohren & Der Club Of Gore wchłonie Was bez reszty. Gorycz, nostalgia, spokój myśli, które najlepiej smakują, gdy niebo przykryje już czarna powłoka, a Wy przy bladym świetle będziecie przekładać kolejne kartki trzymającej w napięciu powieści.

WAR – The World Is A Ghetto

To jest typ muzyki z puszystą duszą. Przyjemny soul, szczypta bluesa i nieco barwnych funkowych zagrywek łączy się w niebanalną historię, która jest lekka i wprawia w niesamowicie dobry nastrój. Uwielbiam takie albumy jak The World Is A Ghetto, które za każdym razem wywołują u mnie niekontrolowany uśmiech, nawet w najgorszy dzień. Tu znajdziecie bogactwo instrumentów i wariacji muzycznych, przy których nie sposób nie kołysać ramionami.

MOGWAI – Happy Songs For Happy People

Mogwai to mistrzowie wysmakowanego klimatu. Psychodeliczne riffy oprószone mrokiem urzekają wrażliwością, gorzką prawdą oraz niesamowitymi uderzeniami klawiszy czy śladami wokalu. Tytuł płyty jest przewrotny, ale tego dowiecie się już sami.

Tyle ode mnie. Jeśli macie jakieś swoje sprawdzone albumy, zespoły do czytania to koniecznie mi podrzućcie.

TAGI
PODOBNE WPISY