crescent
Muzyka

CRESCENT „The Order Of Amenti” – egipski rytuał zniszczenia

Przez w dniu 01/03/2018

Słońce powoli znika za piramidami. U ich podnóża kłębią się kapłani gotowi do odprawienia rytuałów dziękczynnych dla swoich bogów. Piach wznoszony przez południowy wiatr wiruje pomiędzy turbanami, obsypując zamyślone twarze swoimi drobnymi ziarenkami. Jedni padają na kolana, inni kryją się pod ścianą budowli. Gdy na niebo wkracza księżyc, bogowie zaczynają słuchać. Ogień bucha z pochodni, wiatr powoli ucicha, a kapłani zaczynają swoje modły. Ich głos niespiesznie rozchodzi się w ciemności, tworząc mitologię i budując egipską kulturą. Kulturę, której hołd postanowił oddać zespół Crescent wypełniając po brzegi swój najnowszy album The Order Of Amenti starożytnymi opowieściami, które oprawił w ramy osmolonego death metalu.

Na nowy album Crescent trafiłam przypadkiem. Często trafiam na jakąś kapelę dzięki jej okładce i w tym wypadku również tak było. Tylko spójrzcie na tę szczegółowość i oddanie egipskiego klimatu. Piękna praca. Więc, gdy już zmęczyłam oczy przyglądaniem się dziełu z wierzchu, zaczęłam zwiedzać jej środek. The Order Of Amenti to potężny album. Już pierwsze minuty przeniosły mnie do starożytnego Egiptu. Do świata bogów, rytuałów czy walk, o których wokalista tak soczyście opowiada swoim niskim gutturalem zmieszanym z krzykiem, a nawet szeptem. Dreszcze gwarantowane. A jeszcze bardziej opowiadane historie zostały podkręcone za sprawą etnicznych, orientalnych momentów, które perfekcyjnie wprowadziły aurę tajemniczości i mroku.

Crescent swoim klimatem przypomina trochę Behemotha, trochę Nile. Jednak mimo tych inspiracji są w swojej muzyce dość pomysłowi i naprawdę zadbali o bogate motywy czy chwytliwe, nikczemne riffy. A bębny to już istny chaos. Ich tempo i precyzja, z jaką strzelają z każdego utworu, niesamowicie nakręca cały album. Całe The Order Of Amenti  to świetne skomponowana historia gdzie obok ciekawych tekstów otrzymujemy przemyślane solówki i egzotyczną aurę, która trwa prawie godzinę. Zespół zdecydowanie nie oszczędzał się, komponując ten krążek. Bałam się, że utwory tak rozbudowane, w takiej ilości i z tak szalonymi wariacjami w środku zaczną mnie męczyć. Jednak tak się nie stało.

The Order Of Amenti nie jest albumem najłatwiejszym w odbiorze. Jest tu masa, naprawdę olbrzymia ilość kreatywnych kombinacji, riffów czy zmian temp. Przy każdym kolejnym odsłuchu wyłapywałam coś nowego, a wierzcie mi, ten album przeleciał u mnie kilkanaście razy, więc byłam niejednokrotnie w szoku, że czegoś tam wcześniej nie wyłapałam. Jest to imponujące wydawnictwo, doskonale ukazujące dziedzictwo kulturowe muzyków z Crescent, ale jest też materiałem, który trzeba niespiesznie odkrywać. Dać mu się rozkręcić, wchłonąć w opisywany świat, oddać się każdemu szarpnięciu struny czy uderzeniu bębna.  Dopiero wówczas poczujecie prawdziwą magię The Order Of Amenti.

 

 

TAGI
PODOBNE WPISY