bomb city
Kino

Bomb City – jesteś inny, zasłużyłeś na śmierć

Przez w dniu 08/03/2018

Jak byłam nastolatką, wielokrotnie odczuwałam niechęć do mojej osoby. Należałam do otwartych, towarzyskich osób, ale szkolne łobuzy wolały mi dokuczać i wyśmiewać, niż poznać mnie bliżej. Słuchałam metalu, miałam problemy skórne, uczyłam się raczej średnio. Nie byłam wzorem do naśladowania, ale i nie byłam kimś, komu należy się codzienna dawka dołujących obelg. Muzyka była znakomitą ucieczką, ale poczucie własnej wartości z miesiąca na miesiąc malało, a z optymistycznej i otwartej osoby, zamieniałam się w nieśmiałego, milczącego wyrzutka. Najlepiej czułam się sama ze sobą, a życie w ciągłym cieniu szykanowania oduczyło mnie zbytniej otwartości do obcych. Nigdy nie doszło do większej tragedii z udziałem mojej osoby, ale do dziś nienawidzę wspomnień związanych ze szkołą. Powróciłam do nich jedynie za sprawą filmu Bomb City, który porusza temat nienawiści, odrzucenia i niezrozumienia. I o nim dziś chcę Wam opowiedzieć.

Bomb City powstał na podstawie autentycznych wydarzeń z 1997 roku w Amarillo w Teksasie. Film opowiada o napiętych stosunkach pomiędzy miejscową grupą punków a elitą, czyli dzieciakami z bogatych domów. Poznajemy tutaj Briana Deneke, 19-letniego chłopaka, aktywistę, który przepełniony jest buntem, chęcią wyrażania swoich poglądów i walki z systemem. Nosi zielonego, sztywno nastroszonego irokeza, organizuje koncerty punkowych zespołów i ze swoją grupą przyjaciół podnajmuje dom. Od pierwszych kadrów obserwujemy ich życie na równi z życiem elity, która pod przykrywką kulturalnych i dobrze ułożonych chłopców tak naprawdę skrywa nienawiść wobec odmieńców, jakimi są dla nich punkowcy. Do tego opowieść przeplatana jest procesem, związanym z tragiczną śmiercią Briana.

Nie jest to absolutnie spoiler z mojej strony, bo nawet w opisach filmu pojawia się główny temat tej historii. Śmierć Briana Deneke nie byłaby tak głośnym wydarzeniem, gdyby nie fakt, że został zamordowany z zimną krwią. 17-letni sprawca nie zawahał się ani na chwilę i nie czuł skruchy wobec tego, czego się dopuścił. I mimo tego czynu i bycia takim skurwielem dostał śmieszny wyrok nieadekwatny do popełnionej zbrodni. Specjalnie nie czytałam szczegółów tej tragedii przez obejrzeniem filmu i finał Bomb City mnie zmroził. Byłam wściekła i rozżalona na to, jak została przeprowadzona sprawa sądowa. Nie był to proces związany ze śmiercią człowieka, tylko śmiercią punka, co zostało użyte jako główny argument obrony oskarżonego.

Brian pośmiertnie został osądzony, jakby sam był sobie winien. Nosił skórzane ciuchy, naszywki z napisami podżegającymi do walki i swoją życiową postawą, i stylem życia sam się prosił o śmierć. Dosłownie zasłużył sobie na swój los. Te argumenty były punktem wyjścia adwokata do wygrania procesu o morderstwo. Bycie punkiem okazało się wyrokiem. Nie było tu sprawiedliwości, tylko stronniczość i ewidentny brak tolerancji wobec wyrażania własnych przekonań. To elicie nie pasowały punki, to elita zaczęła całą nagonkę na tę grupę i to elita wyszła obronną ręką z oskarżenia o morderstwo.

Film kończy monolog Marilyna Mansona, który jest znakomitą puentą przedstawionych wydarzeń, ale również jest zapalnikiem do zastanowienia się nad tematem przemocy, tolerancji oraz naszego stosunku wobec śmierci, którą codziennie obserwujemy w naszych telewizorach. Bomb City jest filmem, który wstrząsa i nie daje o sobie zapomnieć. Pokazuje przynależność do subkultury jako coś nieakceptowalnego, złego i niezgodnego z normalnym życiem. Coś, za co należy się kara. Ja za swoją odmienność byłam atakowana słowami, byłam odtrącana i nierozumiana, dlatego podwójnie przeżyłam seans tego filmu, bo doskonale rozumiałam, jak to jest być kimś innym. Innym, ale nie gorszym i taki był Brian Deneke.

TAGI
PODOBNE WPISY