sanguine vigil
Muzyka

GALVANIZER „Sanguine Vigil” – stara szkoła namiętności

Przez w dniu 22/03/2018

Ciemna, zatęchła piwnica. Ściany przyozdobione gęstymi pajęczynami i resztkami wbitych paznokci budzą lęk. Kurz unoszący się w powietrzu, miesza się z zapachem krwi. Leżycie przywiązani grubymi, skórzanymi kajdanami do stołu, który lepi się od substancji, których historii nie chcecie znać. Obok Was leżą najróżniejsze zabawki typowego psychopaty. Lekko stępione noże, piła z warstwą zaschniętej krwi na ostrzu, jakieś zardzewiałe obcęgi, których smak macie niebawem poznać. Gdzieś obok słyszycie kapanie, które z minuty na minutę staje się dźwiękiem nie do zniesienia. Oddychacie szybko, łzy płyną Wam po policzkach, staracie się krzyczeć, lecz nie słyszycie odpowiedzi. Wszystko to jest jak chory sen, z którego nie możecie się wybudzić. Utknęliście i teraz jedyne, o co błagacie to szybka śmierć. Z rozpaczy nad losem wyrywa Was odgłos kroków, który dobiega z oddali.

Gdy po raz pierwszy włączyłam debiut Galvanizer, to od razu skojarzył mi się z klimatem starych horrorów, gdzie ofiary cięto tym, co akurat wpadło w ręce, a krew strzelała jak z dobrze wstrząśniętego szampana. Pierwszy utwór wystarczył, abym nie mogła się oderwać. Zespół pochodzi z Finlandii, początkowo był to jednoosobowy projekt, który szybko przekształcił się w trio z sentymentem do lat 90. Swoją miłość do starej szkoły death metalu i grindu upchali na swoim pierwszym albumie Sanguine Vigil, który cały czas szaleje w mojej głowie i nie chce przestać. Pierwsze co rozerwało mi serce to riffy. Potężne, bezkompromisowe, pełne momentów, które z miejsca kładły mnie na łopatki. Natomiast wątrobę rozszarpał mi tu gruby bas, który tak pięknie ryczy, że ma się ochotę postawić mu piwo i zabrać do łóżka na całonocne pieszczoty. A szczególnie ta linia basu z Gorefestation mogłaby mi szeptać do ucha swoje bezeceństwa całymi dniami. Perkusja zgrabnie punktuje, a wokal warczy niczym wygłodniała bestia. Brzmienie jest lekko zapiaszczone, cuchnie obskurną piwnicą pełną trupów. Można tu wyczuć woń takich załóg jak Abhorrence, Machetazo czy Heamorrhage, co tylko jeszcze bardziej podbija moją sympatię do tego debiutu. Jedyne co mnie boli, to ta okładka, na szczęście dosadny, nafaszerowany znakomitymi motywami środek wynagradza wszystko. Oprócz Gorefestation, które z miejsca kupiło moją duszę, ciało i nienawiść sąsiadów, to polecam tytułowy utwór, przy którym kark sam ochoczo się ugina oraz Unfinished Autopsy, który wgryza się w mózg niczym nienasycony zombie.

Galvanizer potrafi zauroczyć nawet najbardziej wybrednych słuchaczy, więc nie czekajcie, tylko włączcie tych bluźnierców, spędźcie z nimi upojny dzień, a jutro mi podziękujecie.

TAGI
PODOBNE WPISY