ene due śmierć
Książki

M. J. Arlidge „Ene, due, śmierć” – gdy wkurzysz kobietę

Przez w dniu 26/03/2018

Małe, ciemne pomieszczenie. W środku zamknięte dwie osoby, telefon i pistolet. Współwięźniowie znają się bardzo dobrze. Nie wiedzą dlaczego tu są, nie wiedzą co się stało, ale wiedzą, że za wszelką cenę chcą żyć. Mieszają nimi emocje, strach i chęć przetrwania, która stopniowo zaczyna być ważniejsza niż ich koneksje. Dni mijają, żołądek domaga się pokarmu, mózg zaczyna świrować, narządy zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Wokół tylko ściany, odór odchodów i oddychająca resztkami sił druga osoba. Trzeba podjąć tragiczną decyzję. Aby przeżyć trzeba zabić, innego wyjścia nie ma. Tak zaczyna się debiut literacki M. J. Arlidge Ene, due, śmierć, gdzie już od pierwszej strony zostajemy wciągnięci w chorą grę, z którą przyjdzie się zmierzyć zarówno jej ofiarom, ale i nieustępliwej pani inspektor Helen Grace.

Odkąd przeczytałam całą serię książek od Chrisa Cartera, szukałam kogoś, kto pisałby w podobny sposób. Nie bał się odważnie pisać o przemocy i opisywać odrażające sceny tak, że można być zdegustowanym, ale nadal ciekawym co dalej. Kogoś, kto wciągnie mnie w swoje szaleństwo jak codziennie pita ćwiartka wódki w alkoholizm. Arlidge to zrobił. Zmiętosił moje poczucie bezpieczeństwa, poraził swoim talentem do opowiadania historii, a po zakończeniu zostawił spragnioną kolejnej książki. A wszystko to za sprawą Ene, due, śmierć, gdzie pojawia się sadysta lubiący gry, ofiary, które nie są tak przypadkowe, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka i ambitna Helen Grace.

Panią inspektor polubiłam od razu. Kobieta tajemnicza, bardzo zdeterminowana i stawiająca pracę ponad wszystko. Jej dociekliwość i dedukcja są kluczem do rozwiązania tej okrutnej zagadki. Czułam, że wybór kolejnych ofiar jest zaplanowany i ma większe znaczenie. Jestem fanką kryminałów i thrillerów, coraz częściej potrafię rozgryźć, kto jest mordercą nim minę połowę książki. Tym razem nie miałam bladego pojęcia. A jeszcze, gdy padło, że psychopatą jest kobieta, to totalnie już nie wiedziałam, co się może wydarzyć. Arlidge znakomicie zakręcił fabułę, podrzucał fałszywe tropy, które nie pozwalały oderwać się od lektury.

Sama postać morderczyni została doskonale ukryta. Jest skrupulatną kobietą, która ma konkretny cel swoich działań. Doprowadza swoje ofiary do ostateczności. Do wyboru, który nie jest łatwy. A ten, kto przeżyje i tak zostają z traumą, i nie potrafi odnaleźć się po tych wydarzeniach. Ciężko więc go nazywać zwycięzcą. Śledczy mają do tego utrudnione zadanie, bo Ci, co przeżywają, nie wiele pamiętają, a sadystka jest doskonale przygotowana i nie popełnia żadnego błędu. Pomimo braku konkretnych wskazówek Grace i jej podwładni powoli zaczynają odkrywać kolejne karty tej chorej rozgrywki.

Za życia był to porządny chłopak i czekała go kariera prawnicza, ale nie dało się tego teraz poznać. Wyglądał jak trup typowego ulicznika. Jego ubranie znaczyły plamy uryny i odchodów, paznokcie były brudne i połamane, a twarz… Wychudła twarz chłopaka zastygła w ohydnym grymasie; strach, agonia i przerażenie trwale zapisały się w jego wykrzywionych rysach. Za życia był przystojny i ujmujący. Śmierć uczyniła go odpychającym.

Autor oprócz rewelacyjnie prowadzonej akcji skupił się również na innych bohaterach powieści. Dzięki temu lepiej poznajemy współpracowników, a także samą Helen Grace, która skrywa głęboko w sobie ogromny ból, a żeby sobie ulżyć chodzi na sado-maso, które nie ma w jej przypadku dawać przyjemności. Oprócz samej pani inspektor obdarzyłam również wielką sympatią Charlie, policjantkę, która jest bardzo ciepłą i miłą osobą ze świetnym zmysłem detektywistycznym. Oraz Marka, również policjanta, który przez osobiste problemy ma skłonności do nadużywania alkoholu, ale jest przy tym zranionym facetem, któremu aż chce się pomóc.

Czytając kolejne rozdziały Ene, due, śmierć swędział mnie mózg, piekła skóra, czułam niepokój i trzymałam kciuki, aby nikt więcej już nie zginął. Niestety im dalej w las, tym więcej trupów, więcej pytań niż odpowiedzi. Morderca tu dowodził i rozkładał karty. Niszczył psychicznie swoje ofiary, pozbawiał człowieczeństwa, pogrywał ze śledczymi. Autor doskonale nakreślił tę historię, ale jako, że to debiut nie obyło się bez małych wpadek. O ile opisy są odpychająco barwne, a bohaterowie ciekawie przedstawieni, to trochę zabrakło mi większego skupienia na ofiarach przebywających w zamknięciu.

Te rozdziały miały zmuszać umysł czytelnika do zastanowienia się, co zrobiłoby się samemu. Jaką decyzję by się podjęło. Czy lepsza kulka w głowie, czy życie z poczuciem winy i wieczną traumą? Cała akcja książki jest bardzo dynamiczna, nie ma tu przestojów, czy głębokich analiz, które by tylko wytrącały z fabuły. Jednak moim zdaniem przy fragmentach o walce o przetrwanie powinno być odrobinę zwolnienia, więcej przemyśleń więźniów i ukazania jak zmienia się ich podejście. A tu te dni mijały jakoś niezauważenie i wiele razy byłam zdziwiona, że te osoby są uwięzione od dwóch tygodni. Czasem po prostu gubi się tę oś czasu, ale to niewielka wada przy tym, jak się tę książkę pochłania.

Ene, due, śmierć wciąga i nie daje o sobie zapomnieć. Mnie tak porwała, że obecnie czytam już kolejną pozycję tego autora, a Wam już zazdroszczę, że ta chora, obskurna opowieść jest dopiero przed Wami.

 

TAGI
PODOBNE WPISY