zła pora roku
Książki

Antonio Manzini „Zła pora roku” – zła pora, zła książka, zła ja

Przez w dniu 25/04/2018

Czytam kryminały, bo uwielbiam to napięcie, które towarzyszy lekturze. Gdy żołądek jest ściśnięty, gardło błaga o łyk wody. A oczy płynnie przesuwają się po kolejnych słowach, bo mózg domaga się jak najszybszego poznania dalszej historii. Do tego mam słabość do kreatywnych zwyrodnialców i pokrytych grubą warstwą krwi zabójstw, które nie są wynikiem zwykłego strzału w głowę lub poderżnięcia gardła. W dodatku, jeśli dochodzi niezwykły motyw całych tych zdarzeń, to ja jestem już przekupiona jak dziecko lizakiem u lekarza. Niestety czasami kryminały są bardzo spłycane. Ich bohaterowie, których we wcześniejszych częściach danego cyklu zaczęło się darzyć sympatią, zaczynają irytować. W takiej sytuacji już wiem, że to moje ostatnie spotkanie z nimi. Bo książka ma dawać mi przyjemność, rozbudzać pożądanie do siebie, a nie usypiać niczym filiżanka melisy. I niestety trzecia odsłona śledztw Rocca Schiavione zawiodła moje zaufanie. Byłam jej pewna, ciekawa, ale mój zapał bardzo szybko zweryfikowała treść książki Zła pora roku.

Trzecia część przygód wicekwestora opowiada przede wszystkim o porwaniu córki bogatego przedsiębiorcy z Aosty. Temat dość często wykorzystywany, z tym że tym razem rodzina nie zgłosiła się z tym do policji i całe to tragiczne zdarzenie wychodzi przez przypadek. Rodzice dziewczyny nie chcą współpracować, ale Rocco ze swoją załogą postanawiają sami odkryć prawdę. Opis mnie skusił, a znając wcześniejsze powieści autora, liczyłam na dobrze poprowadzoną fabułę z nutą humoru i sarkazmem Schiavione na dokładkę. Owszem te elementy jak najbardziej wylewają się ze stron, ale sama historia totalnie do mnie nie trafiła. Wicekwestor Rocco, którego polubiłam za bycie takim szorstkim bucem, zaczął mnie denerwować. Natomiast jego odzywki i stosunek do załogi, która dla niego zarywała każdą noc, odrzucać. Można być bufonem, ale są pewne granice. Dlatego dialogi w pewnym momencie miałam ochotę pomijać. Nie bawiły już mnie żarty, które serwował autor, a samo porwanie nie wzbudzało strachu, ani tym bardziej współczucia, czy chęci pomocy nastolatce. Jak na ofiarę była silna i zdeterminowana, aby wydostać się z sytuacji, w której się znalazła. Ale jej wewnętrzna walka ze sobą samą nie wypadła dla mnie przekonująco. Język jest prosty, czasami może nawet zbyt oszczędny. Brakowało mi mocnych zwrotów akcji, ukrytych niespodzianek, budowania jakiegokolwiek napięcia. Pomimo dość rozpędzonej intrygi, łapałam się na tym, że ziewałam i czekałam, kiedy to się skończy. Bardzo się zawiodłam i póki co nie ma siły, która mnie przekona do tego, abym sięgnęła po kolejną powieść tego autora.

Typ pisania Manziniego albo się polubi, albo nie. Mnie po prostu już nie przekonuje i trochę szkoda, bo dwie poprzednie części były dobre i miałam nadzieję, że literacka przyjaźń z tym cyklem przetrwa nieco dłużej.

 

 

 

 

 


Wpis powstał w ramach współpracy z Wydawnictwem MUZA
TAGI
PODOBNE WPISY