astarot
Muzyka

ASTAROT „Vaginal Impalement” – nie chodź sam do lasu

Przez w dniu 11/04/2018

To miała być zwyczajna wyprawa na ryby. Codziennie po wypiciu kawy z fusami chwytał za wędkę i maszerował prężnym krokiem w stronę jeziora. Po drodze kłaniał się sąsiadom i z uśmiechem na ustach łapał pierwsze promienie słońca, które przebijały się przez korony drzew. Od miesięcy chodził tą samą ścieżką. Często śmiał się do kumpla od piwa, że tę drogę to on i na oślep i po pijaku mógłby pokonać bez większego zastanowienia. Kochał ryby ponad wszystko i każde poranne wyjście nad jezioro traktował jak najważniejszy rytuał dnia. Tym razem, a był to czwartek, pogoda nieco się popsuła. Całe lato deszcz nie odwiedzał jego miasta nawet na chwile. Tym razem dość mocno kropiło, ale on nie miał zamiaru odpuścić. Zarzucił wędkę na ramię i ruszył w stronę lasu. Ściółka już zdążyła namoknąć, a na jego ulubionej trasie niespodziewanie pojawiła się sterta gałęzi. Pewnie nadszedł czas wycinki, nie długo myśląc, skręcił w inną ścieżkę niż zwykle, uznając to za znak do poznania nowej trasy. Nagle poczuł coś pod wysłużonym przez lata kaloszem. Było to zarazem miękkie, ale dosyć twarde, bo nie pozwoliło zatopić się głębiej jego stopie. Schylił się, aby sprawdzić. Była to sina, pokryta zaschniętą krwią ludzka ręka. Wzdrygnął się. Gdy podniósł wzrok, zobaczył coś jeszcze gorszego. Cała polana była pokryta czerwoną mazią. Wokół niej leżały porozrzucane losowo kończyny. A pośrodku stały pale, na których niczym szaszłyki były nabite nagie ciała młodych kobiet. Jednej z nich powieka jeszcze lekko drgała…

Do slamu przekonałam się jakieś parę lat temu. Byłam mocno osłuchana w grindzie, w brutalnym death metalu oblizałam już wszystkie palce, więc zapragnęłam czegoś więcej. Ze slamem połączył mnie popieprzony romans, który doprowadzał moje głośniki do rozpadu, a otoczenie na skraj wytrzymałości. Pokochałam tę muzykę, jak sęp kocha dopiero co dorwane truchło. I, jako że ten rodzaj grania zajmuje specjalny fotel w moim sercu, to tym bardziej cieszę się, że powoli w Polsce kiełkują zespoły, które czują ten bluźnierczy, wgniatający w parkiet klimat. Jednym z nich jest Astarot. Grają patologiczny brutal death metal, który został obficie pokryty slamową powłoką. Ich drugi album Vaginal Impalement to przykład, że w tym całym chaosie i fali slamdownowych momentów można stworzyć coś intrygującego, a nie męczącego. Jest tu masa morderczych blastów, szarpiących za skórę riffów i oczywiście wokal. Ba! Nawet jest ich sześć, ale każdy z nich doskonale wypełnił powierzone mu zadanie i umiejętnie oblepił swoje utwory bulgotami, świnkami czy pomrukami. Brzmienie jest brudne, jakby muzycy ubabrani błotem i krwią dopiero co wrócili z lasu, gdzie porzucili poćwiartowane zwłoki. Brzmi to naprawdę sympatycznie i cieszy uszy, o ile się z tym rodzajem metalu spędziło już kilka dłuższych chwil. Przy pierwszym spotkaniu może spowodować niekontrolowane rozerwanie płuc od ciężaru, jaki wypływa z tego albumu.

Vaginal Impalement bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Niby tych slamów się już osłuchałam i czasami miałam wrażenie, że już nic mnie nie rozbuja i nie wywoła szerokiego uśmiechu. Astarot to zrobił i pomimo takiego misz maszu wokalistów całość brzmi wybornie i nie traci mojego zainteresowania, nawet jak leci cały dzień. Mam nadzieję, że zespół nadal będzie podążać tą ścieżką, chociaż strach nią kroczyć za nimi, bo można stracić głowę. Dosłownie.

TAGI
PODOBNE WPISY