graceless
Muzyka

WIDOW’S PEAK „Graceless” – wzgórze splamione krwią

Przez w dniu 26/04/2018

O tym wzgórzu krążyły legendy. Jedni mówili, że to ulubione miejsce samobójców inni, że tam doszło do najbardziej makabrycznych morderstw w historii tego miasteczka. Nie było turysty, który by nie chciał zobaczyć z bliska tego cuda natury, które już dawno zostało przeklęte i obficie naznaczone krwią. Mieszkańcy regularnie urządzali do niego wycieczki, a turyści sypali monetami jakby tam mieli jakiegoś celebrytę ujrzeć na szczycie. Jednak on postanowił wybrać się sam. Pieszo, bez jazgoczącego tłumu. Tylko on, sosnowy las i wzgórze w oddali. Słońce już znikało za horyzontem, a on z plecakiem pełnym napojów wyskokowych rozpoczął swoją wędrówkę. Trasa zajęła mu kilka godzin. Pot zalewał oczy. W ustach czuł drapiącą suchość. Gdy wieczór już zawitał był u jego podnóża. Wzgórze było piękne, dostojne i samotne. Gdy nabierał większego łyka powietrza, nagle obok niego z hukiem uderzyło o skałę coś wielkiego. Nie był to głaz czy zwierzę, lecz człowiek. Pozbawiony skóry, z wydłubanymi oczami, włosami sklejonymi brunatną krwią. Nim zdążył bliżej przyjrzeć się zwłokom, coś uderzyło go w tył głowy. Runął tuż przy martwym ciele rozsmarowanym na skale.

Widow’s Peak istnieje od 2016. Pochodzą z Calgary, a swoją miłość do metalu przekazują w postaci wyrazistego technicznego death metalu. Ich debiut Graceless już przy pierwszej konfrontacji przyjemnie ugryzł mnie w ucho. Jędrne riffy zaczęły mi łamać kręgosłup, a pokręcone linie basu obdzierać ze skóry kolejne kończyny. To nie jest płyta sympatyczna. To jest album, który z Waszych zębów zrobi sobie naszyjnik, a mózg będzie smażył jak steka na patelni. Graceless powstało, by takim masochistom muzycznym jak ja dawać rozkosz, przedłużać orgazmy i utwierdzać w przekonaniu, że techniczny death metal ma jeszcze wiele do zaoferowania. Ten debiut brzmi bardzo obiecująco. Melodyjne wariacje łączą się w niesamowitej symbiozie z obrzydliwymi wrzaskami, świetnie brzmiącymi piq squealami i drapiącym growlem. Nie wiem, co ten człowiek w gardle hoduje, ale doskonale to użyźnia. Utwory są tak samo agresywne, jak teksty, które traktują o różnych deprawacjach, torturach, nawet o pozbywaniu się męskiego przyrodzenia. Dzieje się i najlepsze jest to, że zespół nie przynudza, bawi się tempami (to zwolnienie pod koniec CBT cudo!) i kombinuje, nie przesycając kolejnych kawałków. Szkoda, że to tylko sześć utworów, bo wspaniale to płynie przez czaszkę i daje mi niebywałą, sprośną przyjemność.

Graceless to solidny i wyrazisty materiał. Jeśli już na starcie tak nokautują, to strach myśleć co przyniosą ich kolejne wydawnictwa. Polecam Wam zagłębić się w ich lepkie od juchy kawałki, szczególnie jeśli jesteście koneserami takich załóg jak Wormed, Necrophagist, Cattle Decapitation czy Dying Fetus.

TAGI
PODOBNE WPISY