udział własny
Książki

Elsebeth Egholm „Udział własny” – kobiece wynurzenia i wszechogarniające zmęczenie

Przez w dniu 29/05/2018

Nienawidzę nie kończyć książek. To jak zostawienie kawałka ciastka z czekoladą, jak nie dopicie ulubionego piwa. Odkąd tworzę swoje miejsce w sieci, nie pamiętam takiej sytuacji bym porzuciła jakąś powieść. Owszem zdarzało mi się przy niektórych trochę mocniej zaciskać zęby, ale nadal trwałam do końca. Książka Udział własny miała być intrygującym kryminałem, na to choćby wskazywał opis z tyłu książki. O ile pojawiają się podpalenia i zwłoki, to później nagle to wszystko zostaje zepchnięte na drugi plan. Natomiast przez setki stron dostajecie obyczajową powieść, oblaną pięknymi, obszernymi opisami rzeczy, czy codziennych czynności, które nijak się mają do niby głównego wątku, jakim miał być ten z trupem.

Wytrzymałam pół książki i powiedziałam stop. Nie miałam siły czekać na wyrwanie mnie z butów, a te opisy przytłaczały mnie z każdą kolejną stroną. W skrócie książka zaczyna się od podpalenia stodoły sąsiadów głównej bohaterki Dicte. Małżeństwo  wyjechało na urlop, a domem miała się opiekować siostra sąsiadki. Podczas pożaru okazuje się, że zniknęła. W tym samym czasie dochodzi również do podpalenia szkoły. Policja dość szybko stawia podejrzenie na grupę nastolatków. Jednak kiedy dochodzi do odnalezienia zwłok na mokradłach, już nic nie jest takie pewne.

Kiedy Rose dotarła do ogrodzenia, puściła psy wolno. Patrzyła za nimi, gdy pognały samym środkiem drogi pomiędzy koleinami wyżłobionymi przez traktor w miedzy oddzielającej pola. Svendsen pędził niczym koń wyścigowy. Prostował przednie łapy, a na tylnych pod czarnym futrem było widać pracujące mięśnie. Timbo natomiast wyglądał jak wełniana kulka na wietrze.

Sami widzicie, opis jest kuszący, a dla kogoś jak ja, kto zjadł zęby na kryminałach, rzekłabym porywający. Niestety dla mnie to, co znalazłam na stronach Udziału własnego, nie daje klimatu strachu, intrygującego śledztwa czy choćby przyjemności z poznawania bohaterów tej opowieści. Opisy są zawiłe, kwieciste, czasem barwne do przesady. Autorka z takim samym kunsztem opisuje drzwi, picie kawy czy mięsień udowy psa. Te opisy absolutnie nic nie wnoszą do tła tej opowieści. Są jak zapychacze, które po pewnym czasie stają się męczarnią i czeka się na jakiś wybuch, zwrot akcji, który nie następuje.

Wszyscy bohaterowi są zmęczeni życiem, ciągle narzekają jak to im ciężko i niedobrze. Problemy rodzinne są nieciekawe i nużące. A samo śledztwo, którego nie ma tam zbyt wiele tak samo mnie usypia, jak i komisarzy, którzy praktycznie od początku są okropnie zmęczeni prowadzeniem tej sprawy. Wszyscy się tam męczyli i ja razem z nimi. Bardzo żałuję, że tak się stało. Liczyłam na porywającą książkę, która mnie oczaruje i zachwyci. Ja wolę jednak czyste kryminały, gdzie nie muszę się bać opisu pobliskiego drzewa na pół strony.

Jeśli lubicie obyczajowe książki i okazałe, wyszukane opisy, to jest to pozycja dla Was. Jeśli liczyliście na urzekający i niezapomniany kryminał, to nie tędy droga. Ze względu na fakt, że nie przebrnęłam na koniec tej powieści, to wstrzymam się od wystawienia jej oceny.


Wpis powstał w ramach współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga
TAGI
PODOBNE WPISY