Książki

#WYWIAD Grzegorz Brudnik: zawsze to podkreślałem i zawsze podkreślać będę: piszę rozrywkę

Przez w dniu 12/10/2018

Grzegorz Brudnik – autor serii z Aleksandrem Gallem, dyrektor marketingu o nietypowej pasji do katastrof morskich, lotniczych, kolejowych i drogowych. Ma wiedzę, której mógłby mu pozazdrościć każdy inżynier mechaniczny i postanowił przelać ją na papier. Na swoim koncie ma wydane nakładem Wydawnictwa Filia dwie książki („Mayday” oraz „Fracht”), w których człowiek po prostu się zatraca. Uwielbiam w jego twórczości skrupulatność, szalone twisty i bohaterów, których chciałoby się poznać na żywo i wypić z nimi nie jedno. Potrafi pisać z zapałem i pomysłowością, dlatego koniecznie musicie go poznać, a ja Wam w tym pomogę! Poznajcie Grzegorza Brudnika od zaplecza, a potem dajcie się porwać jego książkom.


Justyna Dudkiewicz: Mija prawie miesiąc od premiery „Frachtu”. Tym razem fabuła głównie osadzona jest w Szwecji, czym Göteborg tak Cię oczarował?

Grzegorz Brudnik: Szczerze mówiąc niczym. Akurat w Göteborgu nigdy nie byłem. Za to jako gdańszczanin po prostu kocham Bałtyk i wiedziałem, że w pewnym zakresie to właśnie na tym najposępniejszym z mórz chciałbym umieścić akcję mojej powieści. Chciałem również, by dotyczyła polskiego promu, żeby zahaczyć trochę o nasze lokalne środowisko. Poza tym, siłą rzeczy, w przebiegu prac przygotowawczych najłatwiej mi było pozyskać materiały o polskich armatorach. A dalej to już prosta sprawa. Choć kłamię w moich książkach na potęgę, to jednak co do zasady umieszczam akcję w prawdziwych realiach. Wobec tego w grę mógł wchodzić tylko serwis polsko-szwedzki. A gdy już to sobie przyklepałem, potrzebowałem jeszcze szwedzkiego portu, wystarczająco głębokiego, by mógł przyjmować wielkie kontenerowce. Miałem kilka do wyboru, ale geograficznie najbardziej pasował mi Göteborg. I właśnie dlatego tam wysłałem z misją Galla.

Doskonale odnajdujesz się w tworzeniu historii poza naszym krajem, czytając nie czuję się, że książkę napisał Polak. Czy to zaznajomienie z kulturą innych krajów wynika jedynie z Twoich częstych podróży?

Niezupełnie. Tak się złożyło, że jak dotąd raczej umieszczam akcję moich powieści w miejscach których nie widziałem na oczy. Nie byłem nigdy w Stanach ani w Japonii. W Göteborgu – jak już wspomniałem – też nie. Z miast, które jak dotąd opisywałem, odwiedziłem jedynie Kopenhagę, Hamburg i oczywiście Świnoujście. W przyszłości chciałbym to zmienić. Kolejna cześć przygód Galla toczy się w Gdańsku, a w dalszej przyszłości planuję atrakcje w Sarajewie, Bukareszcie/Kiszyniowie, w Klaksvik na Wyspach Owczych i w Szkocji, a więc w miejscach w których już bywałem. Ale wracając do samego pytania, podróżowanie otwiera. Człowiek zdaje sobie sprawę, jak wiele jest wspaniałych miejsc i ludzi, jak wiele jest tradycji, kultur, procesów społecznych, których bez podróżowania nie ma szans poznać. Podróżowanie otworzyło mi oczy i pokazało, że świat jest dużo szerszy, niż tylko obszar Rozewie – Opołonek, kolano Odry – kolano Bugu. Niby truizm, a jednak mimo wszystko odkrywczy. Szczególnie dla pisarza.

„Fracht” jest wielowątkowy, czy któraś jego część sprawiła Ci więcej trudności w opisaniu, niż pozostałe?

Owszem, ale niestety nie mogę powiedzieć która, bo byłby to spoiler. Co jednak samo w sobie jest odpowiedzią i każdy, kto już „Fracht” przeczytał z pewnością wie, o czym mówię. Mogę powiedzieć tylko tyle, że napisanie rozdziału o którym myślę, zajęło mi miesiąc, z czego samo pisanie dwa dni, a resztę poświęciłem na research, w tym spotkania z wybitnymi specjalistami, którzy tłumaczyli mi co mogę, a czego na pewno nie powinienem. Paradoksalnie, to na czym się znam lub o czym posiadam choćby szczątkową wiedzę, jest dużo trudniejsze do napisania, niż to, o czym nie mam pojęcia. Wszystko zależy jedynie od tego, w którym momencie i na jak długo mogę popuścić wodze fantazji, by wciąż pozostać fair wobec czytelnika.

Unikasz w swoich książkach romansów, miłosnych uniesień. Czy wynika to z faktu, że ten motyw jest wszechobecny w kinie akcji, a Ty nie chcesz wtórności i bezpośrednich porównań do klasycznych filmów sensacyjnych?

Myślę, że to raczej wynika z samej historii, którą mam do opowiedzenia. Wiem, że czytelnicy uwielbiają płomienne romanse, ale konstrukcja fabularna mojej opowieści nie znajduje dla nich zbyt wiele przestrzeni. A nie chciałbym wątku miłosnego upychać kolanem. Co oczywiście nie oznacza, że takie rzeczy nie zdarzą się w przyszłości. Mam zaplanowane pewne niespodzianki już w trzeciej części. Przy czym – jak to u mnie – będzie to romans generujący bardzo dynamiczny wyrzut adrenaliny.

fot. Bartosz Pussak

Czy główny bohater Twoich książek Aleksander Gall, to trochę Grzegorz Brudnik, czy to postać stworzona od podstaw?

Absolutnie nie. Przecież niektórzy twierdzą, że Gall to polski James Bond, a ja ponoć jestem polskim Danem Brownem. Ha-ha-ha. No co? Nikt się nie śmieje? Aleks nie tylko nie jest mną, ale też zapewne nie jest nawet materiałem na mojego przyjaciela. Jesteśmy bardzo różni. On na przykład jest bardzo techniczny, ja jestem urodzonym humanistą, on jest patologicznym introwertykiem, ja beznadziejnym ekstrawertykiem, on jest zadufanym w sobie dupkiem, a ja… no dobra, akurat tu jesteśmy podobni. Ale generalnie więcej nas dzieli, niż łączy. Pewne rzeczy pozostawiłem podobne, na przykład wzrost czy bardzo podobna data urodzenia, ale to głównie dlatego, żeby łatwo mi było to zapamiętać, bez konieczności bezustannego grzebania po notatkach. Bo mi się spalił jakiś obwód w mózgu, odpowiedzialny za zapamiętywanie numerów i liczb. Nie potrafię tego robić, więc daty urodzin nawet najbliższych mi osób muszę sobie zapisywać. Albo liczyć, że Facebook mi podpowie.

Jednym z charakterystycznych bohaterów jest Baldur Eysturvind. Czy myślałeś o tym, aby stworzył on z Gallem duet i towarzyszył mu na stałe?

Od samego początku wiedziałem, że oni będą występować w moich książkach razem. A właściwie we trzech, bo jest jeszcze Nate. To absolutnie nierozerwalne trio. Tacy przysłowiowi „trzej przyjaciele z boiska”. Często się rozjeżdżają, lecz zawsze znów się schodzą. W trzeciej części znów ich będzie wszędzie pełno. Pojawią się również inni bohaterowie z „Mayday” i „Frachtu”. Czasami te powroty będą zupełnie niespodziewane. A czasami nawet tragiczne, choć to trochę później.

W podziękowaniach pojawia się Twój znajomy z Wysp Owczych, który był inspiracją dla postaci Baldura. Czy posiadasz też innych przyjaciół w odległych krajach, którzy również posłużyli, do stworzenia bohaterów w Twoich książkach? 

Nie, raczej nie. Baldur faktycznie do pewnego stopnia inspirowany jest prawdziwą osobą. A właściwie osobami, bo stanowi połączenie Ivana i jego żony Kingi, fantastycznych ludzi mieszkających na Wyspach Owczych. Ale inni bohaterowie są wymyśleni od początku do końca, w oparciu o pewne popkulturowe wzorce. Na dobrą sprawę, jeśli chodzi o kreowanie archetypów, dzisiejsza kultura – szczególnie wizualna – niewiele się różni od komedii dell’arte. Musi być jedna cycata femme fatale, jedna szara myszka, jeden napakowany, nieszczególnie rozgarnięty osiłek, jeden obślizgły, nieatrakcyjny, podstarzały kombinator, a przeciwko temu wszystkiemu, jeden przystojny, mądry i dobry wojownik. Który oczywiście skopie wszystkim dupę. I ja nie uciekam od tego, choć każdemu z tych archetypów usiłuję zaszczepić jakąś własną, oryginalną mutację.

Po „Mayday” zdania wśród czytelników były podzielone. Niektórzy zarzucili Ci, że w treści przeszkadzała im zbyt duża ilość technicznych opisów maszyn. We „Frachcie” jest ich zdecydowanie mniej. Czy to właśnie krytyczne słowa odbiorców Twojego debiutu, miały wpływ na ograniczenie tych szczegółowych opisów w drugiej książce?

Bardzo liczę się ze zdaniem moich czytelników, ale akurat nie krytyka stała się powodem, dla których we „Frachcie” zawarłem mniej technikaliów. Po prostu statki są konstrukcjami dużo mniej skomplikowanymi, niż samoloty. A w każdym razie w zakresie, który można przebadać na okoliczność występowania awarii czy zdarzenia prowadzącego do katastrofy. W powietrzu może się zdarzyć wszystko. Na morzu właściwie tylko utrata strugoszczelności, źle przeprowadzony załadunek, błąd nawigacyjny, błąd w obsłudze urządzeń, kolizja lub czynnik atmosferyczny. Na dobrą sprawę główna przyczyna każdej katastrofy morskiej – mówimy oczywiście o zdarzeniach mających miejsce w czasach pokoju – mieści się w powyższym katalogu. Natomiast wracając na moment do „Mayday”, myślę, że jak ulał pasuje tu powiedzenie, że strach ma duże oczy. Jeśli ktoś coś przeczyta, nie zrozumie, ale się nie zniechęci, to szybko się okaże, że on tego nie musi rozumieć. Dialogi konstruowałem w taki sposób, by rozwiewały wątpliwości we wszelkich aspektach popychających fabułę do przodu. A cała reszta to ozdobniki, których rozumieć nie trzeba. Dostaje więc sporo wiadomości w rodzaju „ nie wszystko rozumiem, ale bawię się świetnie”. To jest wbrew pozorom prosta literatura gatunkowa. Ma przede wszystkim bawić, a uczyć tylko w niewielkim zakresie. Zresztą, jak czytam powieści Remka Mroza, to też nie zawsze rozumiem wszystkie prawne zawiłości. Co jednak zupełnie nie przeszkadza mi podążać myślami w krok za fabułą.

fot. Bartosz Pussak

„Fracht” kończy się cliffhangerem. Czy to znak, że w przyszłym roku możemy się spodziewać trzeciej cześć przygód Aleksandra Galla i jego przyjaciół?

Chciałbym, ale nie mogę tego obiecać. Trzecia część cyklu powstaje i zapewne zamknę ją najdalej do lutego. Ale póki co zastanawiamy się z wydawnictwem, co zrobić, by przedstawić moje książki szerszemu gronu odbiorców. Póki co wciąż jestem raczej niszowym autorem i być może będę musiał na jakiś czas „zaparkować” Galla, by dać sobie szansę na sukces w nieco innej poetyce. Sam jeszcze nie wiem, jak to będzie. Być może te wszystkie uwagi o „trudnej, naszpikowanej technikaliami fabule” powodują, że czytelnicy podchodzą do mojego cyklu z dystansem. Trochę szkoda, bo wszystko to robię właśnie dla nich. Chcę dać im powieść przemyślaną, dokładnie „przeresearcheowaną”, bez błędów. Chcę, by Gall uchodził za specjalistę. Jak wspominałem, jestem humanistą. I wszystkiego o czym piszę, musiałem się nauczyć sam. Poświęciłem pół życia, by moje teksty brzmiały wiarygodnie. I liczę, że przyjdzie jeszcze moment, kiedy czytelnicy to docenią.

Dziękuje bardzo za wywiad. Ostatnie słowa należą do Ciebie. Co chciałbyś przekazać czytelnikom swoich książek?

Przede wszystkim chciałbym bardzo podziękować za zaufanie. Zauważyłem, że mam bardzo niski odsetek niezadowolonych czytelników. Oczywiście, zdarzają się. To zupełnie naturalne. Ale generalnie recenzje są właściwie wyłącznie entuzjastyczne. To oznacza, że ten, kto się przełamie i sięgnie po „trudną, skomplikowaną” książkę, zwykle będzie usatysfakcjonowany. Więc dziękuję tym, którzy się przełamali. To dla mnie bardzo dużo znaczy. Jednocześnie zachęcam wszystkich, by nie pozwolili sobie wmówić, że sobie z czymś nie poradzą. Brudnik to nie Proust. To nie jest wymagająca literatura. Zawsze to podkreślałem i zawsze podkreślać będę: piszę rozrywkę. Coś, co ma zapewnić kilkanaście godzin dobrej zabawy i do czego można podejść z marszu, bez żadnego przygotowania. Clive Cussler czy Robert Ludlum zdobyli tym świat, choć ich powieści są równie złożone i „specjalistyczne”, co moje. A przecież ich czytelnicy nie są ani inteligentniejsi, ani bardziej oczytani od moich. W każdym razie, jeśli mimo wszystko ktoś czegoś w moich powieściach nie zrozumiał, to zapraszam 20 października do Torunia lub pod koniec października do Krakowa. Z największą przyjemnością osobiście wszystko wyjaśnię.


Zdjęcie w nagłówku/ Bartosz Pussak
TAGI
PODOBNE WPISY