Muzyka

LIVIDITY „Perverseverance” – sprośna miłość bez granic

Przez w dniu 14/11/2018

Dotykał jej dłonią, jakby to był jego pierwszy raz. Lekko drżącymi palcami muskał jej piersi, a ona odpowiadała mu delikatną gęsią skórką wokół sutków. Podobało jej się to niespieszne tempo, to delektowanie się każdym skrawkiem jej jedwabnego ciała. Spotkali się już kilka razy. Zawsze na trzeźwo bez aluzji i zbytnich pytań. Ale ona chciała w końcu więcej. Kręcił ją jego dwudniowy zarost, włosy, które były miękkie w dotyku i uśmiech, od którego robiło jej się gorąco między udami. W końcu dotyk zamienił się w pocałunki, aż doszedł do gryzienia, pozostawiając ślady swoich równych zębów w okolicach pępka. Wiła się i jęczała, jakby to był środek stosunku. Całe ciało pragnęło go. Była podekscytowana i napalona jakby żyła w celibacie przez ostatni rok. W końcu oparł się o nią nabrzmiałym przyrodzeniem. Tarł ją i drażnił, aż traciła oddech. Nagle poczuła coś dużego w środku, ale zamiast przyjemności poczuła palący ból. Szczypanie, krew i dezorientacja. To był nóż myśliwski, ale ona tego nie wiedziała. W jednym momencie jej ciało zostało przecięte wzdłuż aż do piersi, które opadły luźno na boki. Łzy zalewały jej oczy. A on tylko obleśnie się oblizał…

Dziewięć lat czekania. Zagryzania warg. Masakrowania głośników poprzednimi albumami. I w końcu Lividity dało polizać ich nowego dzieła. Obraz deprawacji, perwersji, brutalnej wspaniałości. Mogłabym się rozczulić, ale nie! Nowe Lividity kopie po łopatkach od pierwszych sekund. Krew, rozkosz, totalna egzekucja muzyczna. Drugi raz tracę dziewictwo. Dziewictwo z brutal death metalem. Amerykanów już dawno zameldowałam w moim sercu, ale albumem Perverseverance moją żarliwą miłość wynieśli na nowy poziom. Nie pamiętam dnia, bym nie słuchała tego albumu, odkąd wpadł w moje ręce. Płyta jest wyśmienicie wyprodukowana, dźwięki kleją się jak kieszonkowiec do kradzionego portfela, a te wokalizy takie przyjemnie gęste i lubieżne, że z każdym odsłuchem ekscytuje się nimi jeszcze bardziej.

Myślałam, że umiem wybrać moich ulubieńców z tego krążka, ale to byłaby obraza dla pozostałych. Słucham tego albumu w całości i bez przerwy, a każdy kolejny utwór daje mi zupełnie inną gamę doznań. Czułam, że Lividity zaskoczy i zmiażdży mnie na miał, ale żeby aż tak. Teksty nadal ociekają lepkimi wydzielinami ludzkimi, wyuzdanym seksem i genitalnymi sprawami. Ja kupuje takie Lividity i to, w jaki sposób postanowili przekazać swoją muzykę na tym albumie. Zdecydowanie jest to dla mnie płyta roku i myślę, że moi sąsiedzi też się z tym zgodzą.

TAGI
PODOBNE WPISY