Książki

#WYWIAD Robert Małecki: jestem niekwestionowanym mistrzem prokrastynacji

Przez w dniu 06/11/2018

Robert Małecki – politolog i filozof z wykształcenia, były dziennikarz i przede wszystkim pisarz kryminałów. Człowiek o mocnym piórze, hipnotyzującym głosie i porywającej osobowości. Podziwiam jego skromność, szczerość i zaciętość w pisaniu kolejnych niezapomnianych historii. Ma niesamowitą zdolność wrzucania czytelnika z impetem w sam środek zdarzeń. Daje nam możliwość wszystko poczuć, usłyszeć i przeżyć jakbyśmy, to my byli głównymi bohaterami. Stworzył fenomenalnego Marka Benera, teraz oczarował postacią Bernarda Grossa. Każda kolejna jego książka pokazuje, że oprócz znakomitego kunsztu pisarskiego, drzemie w nim jeszcze wiele tajemnic, którymi będzie nas częstował jeszcze przez długi czas. We wrześniu nakładem Wydawnictwa Czwarta Strona ukazała się jego kolejna książka – Skaza, a ja postanowiłam sprawdzić co słychać u Roberta Małeckiego.


Justyna Dudkiewicz: Skaza to czwarta książka w Twoim dorobku. Obawiałeś się reakcji fanów Benera, jak przyjmą zupełnie nowego bohatera?

Robert Małecki: Tak, nie było mi z tym łatwo. Mój strach nie wynikał jednak z obawy o przyjęcie Bernarda Grossa, ale zupełnie innego sposobu pisania powieści kryminalnej. Przygody Marka Benera wrzuciłem w ramy thrillera i sensacji, tymczasem komisarz Gross miał się pojawić w mrocznym, niespiesznym i melancholijnym kryminale. U Benera akcja goni akcję na zmianę z twistem. U Grossa natomiast ważny jest klimat i stopniowo budowane napięcie. Obiecałem sobie, że w mojej nowej serii wszystko będzie inaczej. Żadnej pędzącej akcji, żadnych mega-twistów, żadnego mordobicia i ani jednego pościgu. Postawiłem na zupełnie inną opowieść, ale reakcje czytelników pokazują, że dobrze zrobiłem.

Tym razem Chełmża stała się tłem Twojej opowieści. Czym tak Cię to miasto oczarowało, że postanowiłeś podrzucić mu „swoje trupy”?

Szukałem miasta, w którym mogłaby się rozegrać kameralna fabuła, którą Wojtek Chmielarz określa celniej – fabułą prowincjonalną. Tak się pięknie złożyło, że od 2003 roku przez dwa lata dojeżdżałem do Chełmży i pisałem o problemach jej mieszkańców do toruńskich Nowości. Pełniłem tam dyżury reporterskie, spotykałem się z ludźmi, chodziłem na sesje rady miasta. Kolejny raz przypomniałem sobie o Chełmży przy okazji pierwszego sezonu serialu Belfer, bo część akcji kręcono właśnie w tym mieście. I wreszcie pojechałem tam zimą, na początku 2018 roku, i od razu wiedziałem, że to właśnie Chełmża będzie areną wydarzeń w Skazie. To miasto kupiło mnie jeziorem, panoramą, górującym nad miastem silosem cukrowni. Mógłbym długo wymieniać.

W Skazie pojawia się motyw śpiączki. Jak przygotowywałeś się do opisania emocji osób bliskich, które zmagają się z osobą w tym stanie?

Po prostu odwiedziłem toruński zakład Światło zajmujący się osobami w tym stanie. Byłem tam kilkukrotnie na rozmowach z personelem i dyrekcją, zwiedzałem cały ośrodek, obserwowałem proces terapii, sam zresztą też brałem w niej doświadczalnie udział. Wreszcie spotkałem się z rodzinami pacjentów. Było to dla mnie niesamowicie trudne przeżycie. Ale mam wrażenie, że dzięki temu odrobinę lepiej poznałem tę problematykę i dlatego odważyłem się umieścić ją w powieści.

Jesteś skrupulatny w opisywaniu otoczenia, każdego jego dźwięku. Nielicznym udaje się oddać rzeczywistość w taki sposób, aby widzieć, czuć i nawet smakować opisywane czynności. Jak powstają te elementy w Twoim przypadku? Czy miewasz w ogóle trudności z opisywaniem tła fabuły?

Miewam z tym ogromne trudności. Nigdy nie bywam w pełni zadowolony z osiągniętych efektów. Ale przykładam do tego wagę, by za każdym razem taki opis ulepszyć, uwiarygodnić, sprawić, aby mój Czytelnik był w tym miejscu razem ze mną.

Podoba mi się, że w Skazie nie same zwłoki są najważniejsze, a jednak historia ludzi, którzy za tym stoją. Potrafisz oddawać emocje, opisywać traumy. Czy myślałeś, aby kiedyś napisać thriller psychologiczny bez trupów?

Śmierć to jedynie pretekst do opowiadania historii o żywych. Dodam, że właśnie dlatego w pierwszym cyklu o komisarzu Grossie pojawiają się dwa trupy, z których oba nie noszą żadnych śladów zbrodni. To mocno niekryminalne otwarcie, ale jednak wskazujące dobitnie, że dla mnie liczą się nie zwłoki, a historia ludzi i ich traum, grzechów i skrywanych od lat tajemnic.

fot. Łukasz Piecyk

Napisałeś Skazę, będzie też Wada i Rysa, a czy Robert Małecki ma jakieś skazy, czy jak wolisz wady, z których nie do końca jest dumny?

Oczywiście. Jestem niekwestionowanym mistrzem prokrastynacji i królem chaosu. Nie ma takiej sprawy, której nie byłbym w stanie odłożyć na potem. I nie ogarniam chaosu, który sam tworzę i w którym z trudem cokolwiek później odnajduję. Na szczęście mam wspaniałą żonę, która cierpliwie to wszystko znosi (śmiech).

Skąd czerpiesz inspiracje do tworzenia bohaterów swoich książek? Znajomi, rodzina czy stawiasz tylko na swoje pomysły bez czerpania cech osób z Twojego otoczenia?

Nie wiem, czy da się stworzyć postaci całkowicie oderwane od autora rzeczywistości. Prawda jednak jest taka, że skupiam się na dwóch, trzech postaciach pierwszo- i drugoplanowych. Reszta jest ustawiona w szerszym spektrum. Patrzę na te postaci i tworzę je z myślą o funkcji, jaką mają odegrać w mojej fabule. Nie jest więc tak, że tworzę rozbudowane portrety psychologiczne w swoim notatniku. Pamiętaj, jestem królem chaosu!

Czy jesteś zwolennikiem planowania punkt po punkcie swoich powieści? A może pozwalasz sobie na spontaniczne pisanie?

W zaplanowany sposób podchodziłem do trylogii z Markiem Benerem. Przygotowywałem sobie dokładne scenopisy zawierające cliffhangery i twisty. Z kolei przy Skazie nigdy nie dokończyłem żadnego scenopisu, a powstawało ich na bieżąco kilka. Żaden mnie nie zadowalał. Postanowiłem więc zacząć opowiadać historię, a jednocześnie wsłuchiwałem się w nią, by płynęła dalej w swoim rytmie i by była wiarygodna. W ten sam sposób rozpocząłem pisanie Wady. Porzuciłem scenopis, bo historią, która się urodziła w mojej głowie, wreszcie osiadła i okrzepła. Czas przenieść ją na białe kartki edytora tekstu.

Czy masz jakieś swoje ulubione słowa, które zdarza Ci się nadużywać?

Nie wiem, ale zapewne tak jest. Czasami wpadnie mi do głowy jakaś fraza, którą potem powielam, w co trzeciej scenie. I oczywiście – podczas poprawek – muszę te wszystkie chwasty wypielić.

Pisanie to Twoja pasja, a czy masz jeszcze jakieś hobby, któremu się oddajesz, jak akurat nie uderzasz w klawiaturę?

Żałuję, że stale brakuje mi czasu na modelarstwo. To moja pasja z dzieciństwa, którą niedawno wskrzesiłem z myślą o moim synu. Stworzyliśmy sobie dwustanowiskową modelarnię w piwnicy i od czasu do czasu schodzimy tam, żeby popracować i oderwać się od świata. Wspaniała sprawa.

fot. Łukasz Piecyk

Co najbardziej cenisz w drugim człowieku?

Strasznie trudne to pytanie. Najprościej byłoby powiedzieć, że szczerość i prawdę. Ale tak nie jest. Jeśli boli mnie gardło, to w lekarzu będę cenił jego kompetencje. Jeśli chciałbym powierzyć przyjacielowi tajemnicę, będę cenił jego dyskrecję. I tak dalej, i tak dalej. Smutne to, ale w tym utylitarystycznym pojmowaniu współczesnego człowieka jest jakaś prawda. Co nie zmienia oczywiście mojej pierwszej myśli. Cenię sobie w ludziach przede wszystkim to, czy stać ich na szczerość.

Tworzysz doskonałych bohaterów płci męskiej. Czy myślałeś o tym, aby stworzyć mocną bohaterkę lub męsko-damski duet?

Cały czas wydaje mi się, że taką bohaterką, która mogłaby zająć pierwszoplanowe miejsce jest Aldona Terlecka z cyklu o Marku Benerze. Zastanawiam się, czy nie poświęcić jej jednej z fabuł. Dojrzewam do tego pomysłu i kto wie, może kiedyś uda mi się go zrealizować.

Pracujesz obecnie nad Wadą, czy możesz zdradzić, co tam się wydarzy?

Tym razem komisarz Gross odkryje miejsce, w którym popełniono zbrodnię, ale nie znajdzie ciała. Ponownie będzie mierzył się z mroczną przeszłością, walczył z własną traumą. Będzie też starał się nawiązać kontakt z synem, ale nic nie powiem o rezultatach tych starań.

Dziękuje bardzo za wywiad. Ostatnie słowa należą do Ciebie. Co chciałbyś przekazać czytelnikom swoich książek?

Chciałbym im bardzo serdecznie podziękować za to, że czytają moje powieści. I że chcą przeczytać kolejne. Otrzymuję takie głosy i wtedy wiem, że ta orka, całe to pisanie, które nie spływa na mnie z natchnieniem w jeden weekend, tylko jest wyrywane z życia rodzinnego kawałek po kawałku, godzina po godzinie i miesiąc po miesiącu, ma sens. Kłaniam się Wam, drodzy Czytelnicy!


Zdjęcie w nagłówku/Łukasz Piecyk
TAGI
PODOBNE WPISY