Książki

Marcel Woźniak „Mgnienie” – tam gdzie pachnie trupim podstępem

Przez w dniu 07/12/2018

Marcel Woźniak przejął kontrolę nad moim życiem. Zjawił się niespodziewanie i spowodował, że zgrzeszyłam. Moje zasady czytelnicze rozmyły się, a ja popadłam w literackie obżarstwo. Znów pojawiłam się oczami wyobraźni w Toruniu, wpadłam z wizytą do Darłowa. Podążyłam żwawym, usłanym brunatną juchą krokiem za Leonem Brodzkim. Mgnienie, bo o nim dzisiaj będę Wam szeptać, wessało mnie w siebie i rozkochało w twórczości Woźniaka jeszcze mocniej i dogłębniej, niczym szczeniak o czekoladowych, szklistych oczach. Na taki ciąg dalszy czekałam. Czy jestem niewolnikiem jego książek? Zdecydowanie! Ale nie martwcie się, jestem dobrze traktowana, pomimo iż podczas lektury czasem brakowało mi tchu.

Mgnienie zaczyna się w momencie, gdzie Powtórka została urwana. Od razu wpadamy w akcję i potem niesieni raz wyższą, raz niższą falą podążamy za detektywem, który za wszelką cenę chce rozgryźć rzuconą mu kość pełną niedomówień i zaskoczeń. Brodzki znów jest zmuszony zajrzeć w przeszłość, dochodzi do tego strach o rodzinę i niepewność, czy Heraklit za kratami oznacza bezpieczeństwo dla mieszkańców Torunia. Pomimo spowolnienia nieco akcji w porównaniu do Powtórki, ja doskonale się odnalazłam w wykreowanej, morderczej fabule pisarza, którą odkrywa się spacerowym tempem, by potem biec co sił ku końcowi.

– Nazywam się Heraklit. Wszystko płynie, a najbardziej krew niewinnych.

Nie ukrywam, że bałam się, co spotka mnie w drugim tomie. Czy Mgnienie zasłuży, chociaż w połowie, na obsypanie brokatem pochlebstw, jak to było przy Powtórce, która chwyciła mnie za serce i zostawiła na nim niezmywalny ślad. Ale jest naprawdę wybornie. Podoba mi się zabawa stylem i wprowadzanie przemyśleń Brodzkiego, jak i trafnych metafor, czy wplatania nawiązań do innych dzieł, czy to Zbigniewa Herberta, czy Szekspira. U Marcela Woźniaka wszystko jest takie wyważone, a język nieoczywisty i przemyślany. Ba! Dzięki niemu i kilka nowych słów wpadło do mojego słownika. Podoba mi się, że w tej części wyostrzył mu się dowcip. Brodzki nie oszczędza się w ciętych ripostach, czy kreatywnych sarkazmach. Wiele razy wywołało to u mnie szczery uśmiech i dało taką chwilę rozluźnienia przy napiętych momentach.

– Nie. To właściwie całkiem zabawne, „Daniel, czas na Colgate”, „Ale mamo, ja jeszcze morduję”. „Pomordujemy razem?” „Spierdalaj dziwko, nie dzielę się zwłokami”.

-Brodzki!

Oprócz samego Leona Brodzkiego zaprzyjaźniłam się z postacią archiwisty Maksa, od którego biło takie realne ciepło. Jak również doskonale wypadł Roland Bryk, policjant z Darłowa, który stał się intrygującym partnerem dla głównego bohatera i zdecydowanie zdobył moją sympatię swoimi opowieściami i podejściem do wykonywanej pracy. Pisarz nadal nie oszczędzał w trupach. Podziwiam swobodę w odbieraniu życia bohaterom, przez co potrafi złamać mi serce w trzech miejscach, jednak jakoś mu wybaczam i brnę w to dalej.

Biedne dziecko… Moja mała dziewczynka. Dlaczego musiało coś się jej stać właśnie wtedy, kiedy zrozumiałem, jak parszywym starym dla niej byłem? Dlaczego jesteśmy skazani na zbyt późne refleksje? Dlaczego jesteśmy jak poeci, którzy dopiero po latach odkrywają, że należeli do jakiejś epoki? Nowej lub starej? Czemu etapy naszego życia widzimy dopiero tuż przed metą? I dlaczego jest to ledwie jedno mgnienie?

I myślę, że będę w to brnąć, dopóki Woźniakowi starczy pomysłów na kolejne książki, bo tego się po prostu pragnie czytać i nie wychodzić spomiędzy jego skrzętnie sklejonych zdań. I możecie się tylko domyślać, jak walczę ze sobą, aby nie utknąć nosem w Otchłani. Bo finał Mgnienia mnie rozsmarował po chodniku i nie wiem, jak ja się z tego pozbieram. A Wam oczywiście polecam ten tom, bo naprawdę pysznie miesza się tu kryminał z esencją noir oraz nutą obyczajowości. Myślę, że trzecia odsłona przygód Leona Brodzkiego zagwarantuje mi długofalowy orgazm literacki.


TAGI
PODOBNE WPISY