Książki

„Rat Queens. Tom czwarty: Najwyższe fantazje” – czasami lepiej po prostu siedzieć na tyłku i pić kolejne piwo

Przez w dniu 12/01/2019

Tak jak książek fantasy nie dotykam nawet małym palcem u nogi, tak po komiksy w tym gatunku wyciągam ręce, jak po kolejnego chipsa. Wynika to z ich długości, nieprzekombinowanych fabuł i tych pięknych wielobarwnych rysunków, które dopełniają odbiór przedstawianych historii. W tej kwestii seria Rat Queens jest najlepszą odpowiedzią na moje potrzeby związane z fantasy. Czarny humor, soczysta wulgarność, obłok nieco feministycznego przekazu, krew, która obficie oblewa kolejne kadry no i seks. Taka mieszanka zapewnia mi radość czytania i czyni ten cykl komiksów jednym z moich ulubionych. Tym razem wbiłam oczy w czwarty tom serii o Królowych Szczurów i zdecydowanie potrzebowałam takiego oddechu pomiędzy moimi kryminalnymi pozycjami.

Ten tom o dziwo nie jest kontynuacją tomu trzeciego, który był najmroczniejszy względem pozostałych i skończył się w nieoczekiwany sposób. A w Rat Queens. Tom czwarty: Najwyższe fantazje dostajemy jakby nową historię bez wspominania przeszłych wydarzeń. Dziewczyny są razem, w zgodzie i jest dobrze. Niemniej pomimo takiej zmiany, komiks nie traci na swojej wartości i bawi równie mocno co poprzednie części. W czwartym tomie nie ma głównego wątku, który napędzałby historię. Ważnym elementem jest za to dołączenie Bragi, do drużyny, którą mogliśmy poznać na ostatnich kartach tomu trzeciego. A tak obserwujemy dziewczyny, które konkurują z nowo powstałą drużyną Kocich Królów, której dowodzi brat Hannah. Obserwujemy, jak wojowniczki po pijaku bawią się w nekromancję na cmentarzu, czy jak wyruszają w podróż po dzikie białe winogrona. Nie brakuje oczywiście spektakularnych walk i chlustów krwi, sarkazmów i dość niewybrednych żartów.

Rat Queens. Tom czwarty: Najwyższe fantazje jest bardzo lekki, pochłania się go szybko i nie wymaga specjalnego skupienia. Odnoszę wrażenie, że trochę zabrakło Kurtisowi J. Wiebe pomysłu na wpuszczenie świeżych, mięsnych kęsów, które uatrakcyjniłby ten tom i mocniej oddziaływałyby na czytelnika. Zagrał na sprawdzonych schematach, które owszem lubię i sprawiają mi przyjemność, ale zabrakło mi jakiego granatu, który by coś więcej namieszał w całej historii. Za rysunki tym razem odpowiadał Owen Gieni i widać, że dobrze się odnalazł w tym krwistym, o kobiecym zapachu świecie. Barwy wspaniale się łączą, mimika postaci wypada wiarygodnie, a dynamika bijatyk doskonale oddaje ich dziki klimat.

Pomimo małych zgrzytów, bawiłam się z tym tomem rewelacyjnie. Uwielbiam te nieustraszone najemniczki, szczególnie że w niektórych widzę swoje cechy, co mnie do nich zbliża jeszcze bardziej. Jak macie ochotę odsapnąć od książek i poznać dość wyraźny, ale nie gryzący smak powieści graficznych, to polecam zacząć rubaszną przygodę z Rat Queens. A poza tym uważam tę serię za jedną z najlepszych pigułek na bóle życia codziennego i to taką, która nie rujnuje Wam wątroby, ale za to świetnie wyrabia mięśnie brzucha.

______________________________________________________________________________

Wpis powstał w ramach współpracy z wydawnictwem Non Stop Comics
TAGI
PODOBNE WPISY