Wywiady

#WYWIAD Marcel Woźniak: Nie zostanę lepszym pisarzem dzięki opowiadaniu o swoim życiu. Zostanę nim dzięki pisaniu lepszych książek.

Przez w dniu 31/01/2019

Marcel Woźniak – człowiek wielu talentów, twórca scenariuszy telewizyjnych, reżyser filmów krótkometrażowych, ale przede wszystkim pisarz. Pisarz wielowymiarowy, diabelsko zdolny, pełny pasji i zacięcia, który piórem czyni cuda. Ujął mnie swoim barwnym stylem, wiedzą i pomysłem na tworzenie nieprawdopodobnie wciągających historii, które na trwale zapisują się na kartach pamięci. Wiedziałam, że jak skończę czytać jego trylogię o Leonie Brodzkim, to wezmę go na spowiedź. Porozmawialiśmy o jego książkach, o kreowaniu pisarskiej rzeczywistości i o jego drodze do bycia tu i teraz. Dajcie się oczarować urokowi Marcela Woźniaka.


Justyna Dudkiewicz: „Nowy rok, nowy ja” to slogan, który nie schodzi z ust większości osób w styczniu. Jak jest u Ciebie, masz jakieś postanowienia na 2019?

Marcel Woźniak: Przede wszystkim, szczęśliwego roku 2019 dla wszystkich! Masz rację z tym sloganem, ponieważ mamy naturalną potrzebę rozwoju i podążania do przodu, nie wstecz. Ten rok będzie więc z pewnością wynikał z poprzedniego, następny z tego, i tak w kółko… Plany dotyczą życia osobistego i pisarskiego. Tak, mam je! (śmiech)

W social mediach pochwaliłeś się, że pracujesz nad czymś nowym. Będzie kolejny cykl książkowy, czy samodzielna powieść?

Przeklęte internety! (śmiech) To książka, nad której szkieletem pracowałem od listopada. Kontynuacje zawsze są kuszące, jednak – na dzień dzisiejszy – jest to powieść stand alone. Niewykluczone, że ten rok będzie obfitował w zaskakujące zwroty akcji…

Trylogia o Leonie Brodzkim to wyborny wielowarstwowy kryminał, który pokazuje, jak rozkwitasz w kwestii pisania powieści. Czego nauczyło Cię pisanie beletrystyki?

Dbania o sen! (śmiech) Ciągle się uczę, więc dziękuję za miłe słowa. Uczę się opowiadania historii po prostu. Wciąż chcę dowiadywać się, jak robić to lepiej. By czytelnik miał z tego większy fun i podążał za bohaterami. A czasem, był nawet krok przed nimi! (śmiech)

W cyklu o Brodzkim pojawia się sporo nawiązań do literatury i muzyki. Czy jakieś powieści są Ci szczególnie bliskie?

Skłamałbym mówiąc, że nie! Z jakiegoś melancholijnego sentymentu uwielbiam Rok 1984, Proces, Złego, Hamleta. Honorowe miejsce zajmują Martin Eden, Czarodziejska góra, Zbrodnia i kara. Ostatnio pokochałem Zaułek łgarza Roberta McLiama Wilsona i Petera Camenzinda Hessego. Wydawca powiedziałby pewnie, że pisarz musi wybrać czy pisze literaturę popularną, czy walczy o nagrodę Nike, a ja powinienem ciurkiem wymienić Nesbo, Cobena i Mroza, ale… tak nie będzie. W sercu mam takich autorów, jakich wymieniłem. Bez nich nie polubiłbym literatury.

Co w pisaniu trylogii sprawiało Ci największą trudność: dialogi, budowanie tła czy może przekazywanie określonych emocji?

Każdy element wymaga innego rodzaju pracy. To tak, jak na siłowni: ćwiczenia obwodowe, masa… (śmiech) Szczerze mówiąc, największym wyzwaniem była stylistyka. Czyli… To, co na szkolnych sprawdzianach oznaczane było na marginesach czerwonym “styl” (śmiech). Piszę czasem w dziwny sposób, co redaktora doprowadziło prawie do wylewu (śmiech). No i zagadki, fikołki, utrzymanie uwagi czytelników do samego końca…

Mówi się, że pisarze nie wierzą w coś takiego jak wena, po prostu siadają i piszą. A co w przypadku gdy patrzysz na migający kursor, a słowa się nie kleją? Masz jakieś swoje ćwiczenia pobudzające umysł do pracy?

Zawód pisarza otoczony jest nimbem tajemnicy i pewną romantyczną aurą. Prawda jest natomiast taka, że nauka pisania, to nauka siebie samego. Człowiek zderza się ze ścianą swojej własnej wyobraźni, z zardzewiałymi mechanizmami woli twórczej, z pytaniami o sens. Oczywiście, można traktować to tak rzemieślniczo, jak autor codziennych audycji satyrycznych traktuje pisane codziennie nowe żarty. Myślę jednak, że myśl ludzka rozciągnięta na tylu stronach, to coś bardzo osobistego. I aby ją uprawiać, trzeba nie ustawać w szukaniu odpowiedzi na pytania o sens. Bo nie da się przez pół miliona znaków w tekście udawać, że świat nas interesuje, albo że mamy coś do powiedzenia na jego temat. Więc moim zdaniem to jest największym kołem zamachowym, największą przekładnią w tym mechanizmie. Natomiast, nawet jeśli mam gotowy szkielet, bohaterów, plan pracy, to przychodzą dni, kiedy człowiek ma coś innego w głowie lub na niej. I w te dni pisanie przychodzi trudniej niż w inne. Ale tak przecież jest w każdej pracy! (śmiech) Są jednak dni, kiedy wszystko samo wychodzi spod palców. Bardzo mi tych dni brakuje! (śmiech)

Bohaterowie Twoich książek są bardzo dopracowani i wyraziści, jak wygląda u Ciebie proces kreacji postaci?

Staram się wyobrazić ich sobie nie tylko, jako szkice, ale jako ludzi w działaniu. Xawery Żuławski powiedział kiedyś, chyba na warsztatach podczas festiwalu Transatlantyk, że on po prostu wyobraża sobie, że postać siedzi vis a vis i z nią rozmawia. I na przykład pyta: “co robiłeś miesiąc temu?” Najtrudniej jest uchwycić istotę człowieka. Tak, jak gdybyśmy chcieli przywołać z pamięci bliską nam osobę i opisać ją celnie w kilku zdaniach. To, jak dziwnie zaciska palce podczas chodu, jak drapie się po nosie czy, że w co drugim zdaniu używa słowa ‘tudzież’. (śmiech)

Podczas jednego ze spotkań autorskich wspomniałeś, że zapisujesz sporo zasłyszanych dialogów. Czemu to służy i czy zdarzyło Ci się niektóre przekraść do swoich powieści?

Taka sytuacja. Ławka na tyłach Auchana. Dwóch podpitych dżentelmenów. Jeden mówi: – Ej, nie mów tego, natychmiast wykracz to! Na co drugi odpowiada: – No dobra, wykraczam! Sztuka jest mimetyczna i naśladuje rzeczywistość, malarze siadają na promenadzie i szkicują. A pisarze… mają gumowe uszy. (śmiech)

W podziękowaniach zawsze pojawiają się Twoi rodzice. Mieli swój wkład w Twoje dotychczasowe książki? Są surowymi krytykami?

Towarzyszą mi w tej podróży i zawsze chcą znać szczegóły. Mama ma sokole oko, mogłaby pracować, jako deszyfrantka. Tata jest zapalonym czytelnikiem. Powiedział, że będzie czytać tylko moje książki, więc próbuję pisać jak najwięcej… (śmiech) Nic nie powstaje w próżni. Bez bliskich nam ludzi, bez uczuć – nie stworzono by wiele. Jedno nazwisko na okładce książki czy płycie bywa mylące. Na przykład bez mojej narzeczonej, pisarzem bym nie był. Kiedy miałem chwile zwątpienia, mówiła “nie bij piany, tylko pisz, nie pozwolę ci zmarnować tego, co umiesz”. Nie mam pojęcia, o czym mówiła, ale usiadłem i pisałem.

Coraz więcej czytelników pisze recenzje. Czasem powieści rozkładają na części pierwsze, innym razem spłycają swoje wypowiedzi do kilku zdań. Czym według Ciebie powinna się charakteryzować dobrze napisana opinia o książce?

Wszyscy musimy szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego piszemy i do kogo. Umówmy się, 50 tysięcy followersów nie zawsze oznacza, że ktoś jest wybitnym recenzentem. Z pisarzami z resztą jest podobnie… (śmiech) Czy to, co piszemy, mówi nam coś, czego nie wiedzieliśmy wcześniej? Czy piszemy dla liczb, czy dla idei książek i prawdy o książce? Dla zabawy i rozrywki czy dla wiedzy – zdobytej i dzielonej? Na szczęście nowe media sprawiają, że czytelnicy mają pełne prawo pisać, co chcą i dzielić się tą wiedzą. I dzięki temu można znaleźć ciekawe książki i świetne teksty. Każdy ma prawo być autorem, dobrze mieć tylko z tyłu głowy pytanie, dlaczego coś robimy. Spotkałem się kilka razy z taką sytuacją: z jednej strony chcemy być traktowani, jako głos, ważny głos w dyskusji, ale z drugiej uważamy, że możemy pisać czy fotografować, jak nam się podoba, bo to nasza sprawa. I tu wracamy do punktu wyjścia. Pewnie, że to nasza sprawa, ale… Jakie wymagania wobec siebie stawiamy? Czy jesteśmy wobec siebie surowymi krytykami? Czy wiemy, jak działa ludzki mózg, kiedy przybywa mu lajków? Tu nie ma redakcji, wydawcy ani korektora, każdy pełni te funkcje sam, w swojej głowie. Wierzę, że najwartościowszym algorytmem jest prawda. Taka o nas samych i taka o książkach. Ale to tylko moje zdanie, słabo znam się na internecie.

Czy czytanie książek innych autorów jest ważne, gdy chce się być lepszym pisarzem?

Oczywiście, kucharz też musi gdzieś jeść! (śmiech)

marcel woźniak w san francisco

Patrząc na Twoje dotychczasowe działania widać, że jesteś osobą ambitną i chętnie podejmujesz się nowych wyzwań. Czy zawsze kończą się one sukcesem? Jak przyjmujesz porażkę?

Za jednym sukcesem stoi seria porażek. Podam przykład: czy wolimy wzorować się na kimś, kto zawsze wygrywa i dzięki temu nakręcamy się na ciężką pracę, by osiągnąć to, co on? Czy może… wolelibyśmy znać prawdę o cieniach i blaskach, i usłyszeć, że będzie kur… trudno? (śmiech) Czy lubimy oglądać zdjęcia zmęczonych twarzy, czy wolimy twarze uśmiechnięte? Czy piszemy na Instagramie o porażkach i bólu, czy może chwalimy się i pozytywnie nakręcamy? Słyszałem teorię o przyczynie powodzenia zdjęć z kotami. Koty są ujarzmionymi drapieżnikami i nasz mózg, bojący się lwów czy tygrysów, cieszy się z okiełznania futrzaka, wprawia nas to w błogi stan. Tak, jak zdjęcie kawy z czekoladą: to są miłe rzeczy. Więc coś ci powiem, Justyno… Moje życie to pasmo nieustannych problemów, o których ani nikt nie chciałby słuchać, ani w nie klikać. Kiedy pisałem debiutancką książkę, poleciałem do Nowego Jorku i okazało się, że hotel podrożał dwukrotnie. Zamiast ścian miałem ścianki, bez sufitu, za którymi słyszałem przez tydzień pieprzących się turystów. To i tak lepiej, niż mieszkanie, które miałem zarezerwować na couchsurfingu. W ostatniej chwili właściciel wspomniał, że w jego domu trzeba chodzić nago… Miałem 39 stopni gorączki i leczyłem się naparem z imbiru, o wrzątek prosząc w McDonald’s na Brooklynie. Na wyjazd zarobiłem pisząc scenariusze oper mydlanych do telewizji i pieniądze zaczęły się szybko topić, po przeliczeniu na dolary. Była cholerna śnieżyca. Gdy ostatniego dnia wjechałem na Empire State Building, zobaczyłem jedynie barierkę tarasu. Za 20 dolarów słuchałem żyjącego gdzieś w dole miasta i nic więcej. W Kalifornii spałem na kanapie u chłopaków pracujących w Google, którzy codziennie zamawiali jakieś dania z restauracji, a ja jadłem kanapki. W San Francisco zgubiłem się w dzielnicy ćpunów. Mgnienie pisałem z wybitym kręgiem, chodząc po domu zgięty w pół. A potem pisałem w szpitalu, kiedy mój tata walczył o życie. Otchłań tworzyłem w zamkniętym za murami miejscu. Po tygodniach rozmów o nowej książce dostałem obuchem w łeb, a mimo to, musiałem być dyplomatyczny. Dyplomatyczny, kiedy ktoś zmienia zdanie na temat twojej przyszłości, na której szali położyłeś wszystko. Klepałem biedę i dorabiałem, jako performer na stacjach benzynowych. Miałem strój mechanika samochodowego i myłem ludziom szyby, taka akcja z okazji otwarcia sieci Circle K. W przerwie obiadowej siedziałem w aucie, w tym stroju, i poprawiałem książkę. Wywiady w radiu czy telewizji, to wstawanie o 3 w nocy, żeby dojechać do Warszawy, przebrać się na parkingu w koszulę, umyć zęby na Orlenie, a potem usłyszeć przed wejściem na wizję, że mojej książki jednak nie pokażą w kadrze. I się wtedy zastanawiasz: czy to ma sens? Czy ta chęć promowania książki różni się czymś od selfiaczy na Fejsa? Czy nie powinienem teraz siedzieć za biurkiem w hurtowni krasnali ogrodowych i pracować jak człowiek? Tych historii jest wiele więcej, ale opowiadam tylko część, i to tylko dlatego, że się znamy… Nie zostanę lepszym pisarzem dzięki opowiadaniu o swoim życiu. Zostanę nim dzięki pisaniu lepszych książek.

Sprawiasz wrażenie bardzo zorganizowanego mężczyzny, przy tym jesteś utalentowany i dość pewny swoich działań, czy zatem masz jakieś wady?

Jestem mało zorganizowanym mężczyzną, który powątpiewa w swój talent i nie zawsze jest pewien swoich działań. A co? (śmiech)

A czego nie tolerujesz w innych ludziach? Jakich osób nie potrzebujesz w swoim otoczeniu?

Ja już chyba i tak już sobie nagrabiłem w tym wywiadzie… (śmiech) Powiem tak: zawsze będę szanował prawdę i szczerość. Jeśli widzę te cechy u drugiej osoby, wybaczę wszystko. Nie lubię wymyślonych ludzi. Mają różne pobudki i powody, niech będą pozdrowieni. Ale do szczęścia tego nie potrzebuję. Za stary na to jestem.

Czy masz jakieś motto, którym kierujesz się w życiu?

Dwa plus dwa, to cztery. Z tego wynika reszta.

Dziękuje bardzo za wywiad. Ostatnie słowa należą do Ciebie. Co chciałbyś przekazać czytelnikom swoich książek?

Kupcie po jeszcze jednym egzemplarzu na prezent! (śmiech) Dziękuję, że jesteście po drugiej stronie. Bohaterowie też są wdzięczni, bo dzięki wam żyją. No, a czasem umierają, w końcu to kryminały!


Zdjęcie w nagłówku/Łukasz Piecyk

TAGI
PODOBNE WPISY