Książki

Robert Małecki „Wada” – śledztwo skąpane w słońcu

Przez w dniu 01/07/2019

Nie wiem, na czym to polega, ale małe miasta budzą we mnie specyficzne uczucia. Nie mam na myśli ich ciepłej kameralności, sympatycznych mieszkańców, czy intrygujących zakamarków, które znajdzie się, tylko podążając na własnych nogach. Takie miasta chyba od zawsze dość mocno pobudzały moją wyobraźnię. Wychowałam się w Olsztynie, który wokół otulony jest dużą liczbą miasteczek i wsi, wypełnionych pewnym rodzajem tajemniczości. Może takie myślenie wywołują u mnie kryminały, a może jako człowiek lubiący pisać, we wszystkim widzę po prostu potencjał, a szczególnie w małych zgrupowaniach ludzi, którzy takie niewielkie lokacje zajmują. Robert Małecki zobaczył taki potencjał w Chełmży, do której po raz pierwszy przeniósł nas w Skazie. W Wadzie natomiast wrzucił nas w sam środek upalnego, chełmżyńskiego lata, gdzie komisarz Bernard Gross po raz kolejny musi się zmierzyć z nietypowym śledztwem. To była uczta pełna żaru, niejednoznacznych wątków, ujmujących bohaterów, którym pot nie raz zraszał czoło. I pomimo swojej rozciągłości, historia nawet na chwilę nie traci uwagi czytelnika. W czym tkwi sekret nieodkładalności Wady? Zaraz się dowiecie.

Na polanie nieopodal jeziora zostaje znaleziony zakrwawiony namiot. Na pierwszy rzut oka wygląda to na dość brutalne morderstwo. Jednak na miejscu ciężko doszukać się konkretnych dowodów, bo oto brakuje ciała, narzędzia zbrodni i poszlak wskazujących, kto mógłby się tego czynu dopuścić. Oprócz tego śledztwa, Bernard Gross musi zająć się starymi nierozwiązanymi sprawami, które od lat czekają na odpowiedzi.

Przypomniał sobie wszystkie miejsca odnalezienia dowodów, a także przedmiotów: stringów i przypinki. Próbował z tych danych ustalić przebieg wypadków, rozważał wiele możliwości, ale każda z nich wydawała mu się obarczona wadą, wyłomem w logicznym rozumowaniu, jak zerwane ogniwo w ciągu przyczynowo-skutkowym.

Wada nie jest książką, w której można liczyć na rozlewy krwi, czy akcję, która rozrywa nasze podejrzenia jak dynamit. Małecki opowiada nam ją z należytą starannością, rozciągając główny wątek i wplatając w niego kolejne. W ten sposób na każdym kroku utrzymując zainteresowanie lekturą, niekiedy powodując szybsze bicie serca. Opowieść jest tak samo gorąca i duszna jak pogoda za oknem, ale nie ciąży jej brak mocnego dynamizmu, mocno zarysowany mrok, czy ukryte dość głęboko odpowiedzi. Mnie te wolne tempo wciągnęło i nawet nie sądziłam, że brak zwłok w śledztwie może być tak porywające. Podoba mi się, że autor pokazał nam szerszy obraz życia osobistego komisarza, jak również jeszcze lepiej mogliśmy poznać Skałkę. Pomimo dość wyraźnie podkreślonej rozwiązłości policjantki, nie traci ona w oczach i nadal jest bohaterką, której losy z przyjemnością obserwuje i kibicuje jej śmiałym poczynaniom.

Styl Małeckiego kwitnie. I nie tylko w swojej konstrukcji, ale i sposobie ukazywania danej sceny. Widać, że zdania są przemyślane, a kreacje bohaterów jeszcze ciekawsze i doskonale budujące ich miejsce w opisywanej intrydze. Jestem pod wrażeniem, jak autor rozpracował linię fabularną i nawet na chwilę nie pozwolił, abym poczuła się zagubiona w mnogości zdarzeń, którymi obdarzył Wadę. Finał jest pysznym deserem, który szeroko otwiera oczy i powoduje kiwanie głową z uznaniem. Strach pomyśleć, czym autor poczęstuje nas w trzecim tomie, którego podobno mamy doświadczyć jeszcze w tym roku. Zatem jeśli właśnie szykujecie się na urlop, to koniecznie obok olejka do opalania i stroju kąpielowego znajdźcie w walizce miejsce dla Wady, bo jest to idealna powieść, w której przyjemnie jest się zatracić w te nadmiernie potliwe lato.

TAGI
PODOBNE WPISY