zniknięcie annie thorne
Książki

C. J. Tudor „Zniknięcie Annie Thorne” – lepka jak miód, gorzka jak piołun

Przez w dniu 06/08/2019

Gdy w ubiegłym roku skończyłam Kredziarza byłam zachwycona stylem autorki. Był taki lepki jak miód i chciało się go smakować garściami. Byłam bardzo ciekawa, czym po tak znakomity debiucie, uraczy nas autorka tym razem. Zniknięcie Annie Thorne od momentu ogłoszenia premiery zaprzątało mi głowę. Wiedziałam, że pod względem stylu i języka nie mam się czego obawiać, ale bałam się reszty. W Kredziarzu jedyne, co mnie zawiodło to finał historii. W przypadku tej książki niestety nie tylko zakończenie okazało się rozczarowaniem. Owszem powieść ma swój ciekawy i niepowtarzalny urok. Ale jest on trochę kulawy, trochę zbyt mocno inspirowany i trochę niedopracowany. Nie wiem, z czego to wynika, ale wiedząc, jaki warsztat ma autorka, nie mogłam się nadziwić, że zamiast wybrać własną ścieżkę, poszła tą wydeptaną przez wiele stóp. Po lekturze jedyne pytanie, jakie do mnie wracało, to dlaczego?

Zniknięcie Annie Thorne to historia Joe Thorne’a, który po ponad dwudziestu latach powraca do rodzinnego miasteczka Arnhill, gdzie zatrudnia się jako nauczyciel w pobliskiej szkole. Razem z nim do mieszkańców powracają wspomnienia dziwnych wydarzeń, które miały miejsce, gdy główny bohater był jeszcze nastolatkiem. To wówczas jego młodsza siostra Annie zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach i ku zdziwieniu wszystkich nagle wróciła. Od tego momentu wszystko było już inaczej.

Tudor książkę zaczyna mocnym uderzeniem, bo nic tak nie podgrzewa atmosfery, jak zimny trup. W coraz większej liczbie kryminałów jest stosowany ten zabieg i trzeba przyznać, jest to niezwykle skutecznie. Tutaj również doskonale zagrał na mojej ciekawości. Styl autorki jest pyszny, chrupiący z zewnątrz, kremowy w środku. Dialogi są świeże, dobrze dobrane do poszczególnych postaci. Podoba mi się, że jest narracja pierwszoosobowa, pomimo że nie jestem jej fanką. Autorka znakomicie skomponowała również głównego bohatera Joe Thorna. Jest on facetem, którego polubiłam już od pierwszych stron. Cwany, zadziorny, sarkastyczny. Mężczyzna z problemami, ale przy tym nieugięty w dążeniu do własnego celu. Trzeba przyznać, że naprawdę błyszczał w tej historii. Niestety nie do końca mogę sypać cukrem, bo o ile cała otoczka była wyborna, w środku pojawił się gorzki smak, którego nie dało się nie wyczuć.

Nie rozumiem podejścia autorki, która pokazała, że ma naprawdę dobre pióro powodujące, że nie ma się ochoty odkładać książki, a gra tak bardzo schematami, że aż zaczyna się to odbijać zgagą. Rozumiem, że trudno jest teraz o kreatywność, o zaskoczenie czytelnika nietypowym rozwiązaniem zagadki, ale brzydko mówiąc zerżnięcie pomysłu z Kinga i wsadzenie, go w swoje złote ramy nie czyni go czymś nowym, tylko zwykłą kopią, która w drugiej części książki bardzo mnie zniechęciła. W sumie już w Kredziarzu było widać zafascynowanie autorki tym pisarzem, ale tu zaczerpnęła za dużą łyżką to wszystko i jeszcze wzięła niepotrzebną dokładkę. To boli, bo Zniknięcie Annie Thorne jest dobrą powieścią. Ciekawie się rozwija, przechodząc płynnie z thrillera psychologicznego w typowy kryminał ze sprytnymi twistami. Ale autorce było za mało i dodała do tego garść horroru (w dodatku wyciągniętego od Kinga), który obniżył moją ostateczną ocenę dla tej powieści.

Nie mówię, że książka mi się nie podobała. Spędziłam z nią naprawdę kapitalne chwile, ale niestety pozostawiła po sobie nieco cierpki smak, bo nawet finał okazał się trochę naciągany i oderwany, od tego wszystkiego na co autorka przygotowywała nas przez setki stron. Zniknięcie Annie Thorne będzie się podobać wielu czytelnikom, a szczególnie tym, którzy nigdy po Kinga nie sięgnęli, ponieważ nie wyczują oni tej zbyt zuchwałej inspiracji, jakiej dopuściła się Tudor. Liczę tylko, że autorka ocknie się z tego kingowskiego uzależnienia i kolejną powieść da nam całkowicie w swoich barwach.


Wpis powstał w ramach współpracy z Wydawnictwem Czarna Owca
TAGI
PODOBNE WPISY