kasztanowy ludzik
Książki

Søren Sveistrup „Kasztanowy ludzik” – wszystko co robimy, wywołuje echa

Przez w dniu 05/11/2019

Ostatnio rzadko wynurzam się z polskich kryminałów. Rodzimy rynek książkowy zdążył nas już przyzwyczaić do tego, że nie ma miesiąca bez kilku premier, przez które nasze stosy hańby niebezpiecznie zbliżają się do sufitu, a portfel płacze jak dziecko z mokrą pieluchą. Niestety przez to, często autorów zagranicznych spychamy na dalszy plan. „Kiedyś przeczytam”, „wrzucę na przyszły miesiąc”, „wezmę w wolnej chwili” to tylko kilka wymówek, którymi się karmimy i próbujemy wytłumaczyć zalegające książki na półkach. Postaram się zmienić Wasze myślenie. Dziś poopowiadam Wam o kryminale, który nawet nie powinien liznąć kurzu. Nie patrzcie na objętość! Po prostu zacznijcie czytać. A mowa tu o Kasztanowym ludziku autorstwa Sørena Sveistrupa, który przez ostatni miesiąc zdobył wiele kryminalnych serc, w tym również moje.

W Kasztanowym ludziku dostajemy to, co wszyscy fani mrocznych historii lubią najbardziej. Zaczynając od doskonale nakreślonego policyjnego duetu z nieoczywistymi charakterami i problemami niezabarwionymi schematycznością. Po psychopatycznego, ekscytująco zwyrodniałego mordercę, który nęka kopenhaską społeczność. Książka, chociaż opasła i dające początkowo wrażenie zbyt rozciągniętej, ze strony na stronę głaszcze nas swoją świeżością, złożonością historii i przede wszystkim nieprzewidywalnością.

Nie ma co tu kryć, że po sięgnięcie po nią nie skusił mnie sam opis, lecz autor. Oglądałam serial The Killing już dawno temu i nadal uważam go za jeden lepszych w swoim gatunku, więc mając tę myśl w głowie, podświadomie czułam, że scenarzysta takiej historii powinien dość dobrze się odnaleźć w formie pisanej. I tak też było! Czytając, nie miałam absolutnie wrażenia, że jest to debiut. Wszystkie wątki zostały utkane tak precyzyjnie, jak najbardziej pogmatwana pajęczyna świata. I wszystkie dostały swój zaskakujący i w pełni zadowalający finał.

Styl Sveistrupa jest przyjemny, bez kłujących zwrotów, dłużyzn lub słów, które drapią w gardło. Tłumaczenie ma swoje małe wady, ale przymknęłam na to oko już na samym początku. Dużym plusem są krótkie rozdziały i smaczne cliffhangery. Autor zalewa nas tu mnogością emocji, które bierzemy na siebie z nieskrywaną przyjemnością. Do tego oprócz samego śledztwa, otrzymujemy odrobinę duńskiej polityki, wciągamy się w społeczne problemy i zostajemy wchłonięci w historie życia kilku rodzin, przez które niejednokrotnie moje serce krzyczało z bólu.

Kasztanowy ludzik to wielowątkowy kryminał gdzie kasztany nie przypominają nam o jesieni, a śmierć wdziera się w naszą świadomość i rozpycha łokciami. Takie książki wpuszczają w moje żyły czyste szczęście i życzę, by takich niezapomnianych historii spotykało nas czytelników jak najwięcej.


Wpis powstał w ramach współpracy z wydawnictwem W.A.B.
TAGI
PODOBNE WPISY