leśne ostępy książka
Książki

Tomasz Czarny, Marcin Piotrowski „Leśne ostępy” – koktajl z krwi i groteski

Przez w dniu 03/12/2020

Slashery to mój ulubiony gatunek horrorów. Grupa przyjaciół, psychopata niekoniecznie ludzkiego pochodzenia i krew tryskająca z tętnic szyjnych. Gdy w latach siedemdziesiątych ten gatunek rozkwitał, nikt nie sądził, że tego typu filmowa rozrywka przejdzie w latach osiemdziesiątych istny boom. Teraz takich produkcji jest już multum, jedne podobne do drugich, które prześcigają się w pomysłach na spektakularne morderstwa, Ale nie brakuje też slasherów w środowisku książkowym. Mogłabym wymienić kilkadziesiąt dzieł, ale dziś skupię się na niepozornej książce, którą napisali razem Tomasz Czarny i Marcin Piotrowski, a mam tu na myśli Leśne Ostępy. Powieść w typowym klimacie backwoods slashers, która jest swego rodzaju pastiszem dla klasyków gatunku, a przede wszystkim książką, gdzie pod warstwą krwi odnajdujemy czarny, rubaszny humor, który nie każdy ma odwagę przelać na papier. Tych dwóch autorów to zrobiło i dostarczyli mi tym niemało rozrywki podczas czytania.

Zacznę od tego, że Leśne ostępy, to przede wszystkim historia, która ma Was rozbawić. Czy jest straszna? No niekoniecznie. Autorzy sporo włożyli tu groteski, przez co ciężko czuć tu strach lub zaskoczenie. Od początku wiadomo, z jakim rodzajem opowieści mamy do czynienia i tak przez poznawanie bohaterów, obserwowanie ich libacji alkoholowych, czy narkotycznych uniesień, dążymy do nieuniknionej masakry. Zatem las, grupa przyjaciół i czający się psychopata. Pachnie schematem? I o to tu chodzi.

Czytając Leśne ostępy można odnieść wrażenie, że zostały one napisane, jak taki podarunek od fanów dla fanów. Znajdziecie tu bardzo dużo nawiązań do popkultury – kilkadziesiąt filmów i książek w tematyce horrorów. Autorzy upchali tego całkiem sporo i o ile ja doskonale odnalazłam się w rzucanych tytułach, czy nazwiskach, ktoś niezajarany tematem może się umęczyć i nie rozumieć puszczanych oczek od autorów. Na plus też wypada spora ilość utworów death metalowych i to załóg bliskich memu sercu od nastoletnich lat, a scena z nawiązaniem do tekstu I Cum Blood od Cannibal Corpse to najlepszy prezent dla mojej metalowej duszy.

Sam styl jest bardzo prosty, dialogi są luźne i dopasowane do wieku bohaterów. Przeważają tutaj wulgaryzmy, sprośne odniesienia, czy porównania, więc wrażliwy czytelnik może czuć się bardziej zniesmaczony niż rozbawiony. Ja wielokrotnie się śmiałam i tak naprawdę przez to same zabójstwa przeszły na drugi plan. Polubiłam bohaterów należących do paczki i od razu wyczułam, kim będzie final girl. I ku mojemu zachwytowi, nie myliłam się. Przez rozbudowaną warstwę dialogową, sceny zabijania, zostały potraktowane trochę po macoszemu, a na największą ich kulminację autorzy każą trochę poczekać. Na plus wypadają sceny erotyczne, gdzie wszystko jest nazywane po imieniu, bez pieszczenia się i udawania, że to książka dla osób poniżej szesnastego roku życia. Na koniec dodam, że zabawa w przełamywanie czwartej ściany, to jest to, co lubię i mogłoby być tego więcej, bo lubię być uczestnikiem historii, a nie tylko obserwatorem.

Podsumowując Leśne ostępy to naprawdę na maksa przegięta książka. Jest slasherem, który znakomicie mi poprawił humor, przypomniał o wielu fantastycznych produkcjach, połechtał moją miłość do Jacka Ketchuma i spowodował, że z przyjemnością wróciłam do starych albumów Cannibal Corpse, Broken Hope, czy Exhumed. Jeśli szukacie rozrywki, przy tym nie jesteście wrażliwi i umiecie oddać się historii bez szukania dziury w całym, to Leśne ostępy zrobią Wam dobrze. Mnie zrobiły podwójnie i chętnie nadrobię inne powieści, które wyszły spod piór Czarnego i Piotrowskiego.

TAGI
PODOBNE WPISY